wtorek, 28 grudnia 2010

Klimaty jak z Edgara Allana Poe

Dawno temu czytałem opowiadanie Edgara A. Poe, w którym bohater panicznie obawiał się, że zostanie pochowany za życia. Cierpiał na taką przypadłość, która skutecznie wprowadzała w błąd lekarzy. Już nie pamiętam, jak zakończyło się tamto opowiadanie, doskonale jednak zapamiętałem jego atmosferę.

Tamte klimaty powróciły, gdy przeglądając nagłówki artykułów w swoim czytniku natrafiłem na historyjkę opisaną przez portal kreuz.net (tłumaczenie dosyć dowolne, raczej mój skrót z tej relacji).

czwartek, 23 grudnia 2010

Życzenia bez kartki świątecznej

Pomyślałem, że wrzucę kartkę świąteczną na bloga, aby zilustrować życzenia. Zacząłem szukać w Internecie. Okazało się, że niełatwo jest znaleźć kartkę chrześcijańską.

Przynajmniej na pierwszych miejscach w wyszukiwarkach wyskakują odnośniki do stron, które reklamują kartki o zgoła innej tematyce. Zazwyczaj są to obrazki z krasnalem przebranym za Mikołaja (nie da się napisać, że świętego)lub różne wersje "dam mikołajkowych". Gdy znajdą się kartki w miarę normalne, to i tak zazwyczaj nie ma tam żadnej informacji o jakie święta chodzi.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Adamek i religia

Tomasz Adamek po ostatniej walce z Vinny Madallone, w każdym rogu ringu przeżegnał się. Później w wypowiedzi dla telewizji ze dwa razy użył sfromułowania: "gdy Bóg pozwoli". Notabene, piłkarzy za takie rzeczy już karają, bokserów - chyba się boją.

Zapewne "laicyzatorzy" powiedzą: "jak to tak, bokser, najpierw sprał kogoś, a teraz odwołuje się do Boga". O moralności boksu, oczywiście można dyskutować. Problem jest ciekawy i nie zamierzam na jego rozwiązanie się tutaj porywać. Nawet - o ile dobrze kojarzę - ktoś napisał pracę na ten temat.

Dodam tylko, że Adamek w ramach zasad bokserskich postępuje uczciwie. Wcześniej od sędziego zauważył, że sekundand Madallone poddał swojego podopiecznego. Podniósł więc rękę sygnalizując, że to już koniec walki. A mógł jeszcze ze dwa razy stuknąć przeciwnika. Nie zrobił tego. Zachował się racjonalnie i etycznie.

Mimo wszystko nie kwestie związane z moralnością boksu są dla mnie w tym momencie najciekawsze.

Zadziwiająca jest spontaniczność w zachowaniu T. Adamka. On do Boga odwołuje się naturalnie. To nie jest sztuczne czy demonstracyjne. On taki po prostu jest. Wśród celebrytów i sportowców, to w końcu niezbyt częste zachowanie.
___________________

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Front ideologicznej wojny jest ciągle otwarty

Dzisiaj zamiast wpisu wywiad jaki przeprowadził ze mną Paweł Pomianek na temat mojej powieści "Rebelia w ogrodzie Eden". Wywiad ukazał się w "Gońcu Wolności".

Paweł Pomianek: Stawia Pan tezę, że Unia Europejska upadnie w ciągu najbliższego półwiecza. Akcja Pana książki dzieje się w roku 2074, a o Unii niemal już zapomniano.

Dariusz Zalewski: Raczej trudno się spodziewać, żeby w aktualnej postaci przetrwała ona dłużej niż pół wieku. Unia albo upadnie, albo przekształci się w całkiem nowy twór. Pamiętam, jak za komuny również wydawało się, że to ustrój nieśmiertelny, że do końca ziemskiej wędrówki trzeba będzie męczyć się w tamtym ustroju, a on rozsypał się niczym domek z kart. W tym przypadku będzie podobnie.

Przeciwnicy Unii marzą, że po jej upadku nastaną czasy panowania struktur mniej zbiurokratyzowanych, bardziej konserwatywnych, sprzyjających powrotowi „do normalności”. W Pana książce jest dokładnie odwrotnie: po upadku Unii górę biorą wszelkie najbardziej radykalne postulaty lewicowe, o których dziś jeszcze nawet najbardziej skrajne środowiska boją się mówić głośno.


- Przeszło 20 lat temu upadł ustrój, w którym Kościół był brutalnie prześladowany. System ateistyczny niszczył katolicyzm, zasłaniając się hasłami postępowymi. Wydawać by się mogło, że po takiej gehennie tamte hasła już nie powinny wrócić na sztandary. Po pierwsze dlatego, że zwyczajnie się skompromitowały, po drugie, że wymaga tego zwykła przyzwoitość. I co obserwujemy? Dzieje się akurat odwrotnie. Walka z Kościołem narasta. Nie mam tu na myśli wyłącznie Polski, ale całą Europę, np. Hiszpanię. Ten przykład ukazuje, że front wojny ideologicznej jest ciągle otwarty. Przy obecnej przewadze propagandowej to, co nazywamy myśleniem pooświeceniowym czy po prostu lewicowym, będzie niestety dominowało w Europie. Radykalne hasła lewicowe wciąż odradzają się z popiołów i przyjmują coraz bardziej skrajne postacie.


„Rebelię" napisałem około 4 lata temu i niektóre pomysły powieściowe, które kilka lat temu wydawały się być zwykłą fantasmagorią, dzisiaj wcale nie wyglądają na takie „oryginalne”. Są już po prostu „do pomyślenia”. Na przykład prawny nakaz wegetarianizmu, który pojawia się w fabule powieści, mógłby się wydawać takim „przesadyzmem”. Ale gdy czytam, że w Stanach Zjednoczonych zaczynają już zabraniać stosowania soli do potraw, jednocześnie obserwując radykalizację działań ekologów, to wcale nie wydaje mi się to takie niemożliwe.


Chcę pozostać jeszcze przy tematyce tego, co nastąpi po ewentualnym upadku Unii. Myślę, że prawicowi przeciwnicy UE rozumują następująco: jeśli Unia upadnie, to dlatego, że zasady, którymi się rządzi, się nie sprawdzą, zostaną skompromitowane. A wiadomo, że Unia – zarówno w sferze ideowej, jak i gospodarczej – kieruje się dziś światopoglądem środowisk lewicowych. Pan sądzi, że mimo wszystko lekarstwa nadal będzie się szukać tam, gdzie powstała przyczyna choroby…


Ten ciągły powrót do skompromitowanych idei jest w moim przekonaniu stałym zjawiskiem. Wspomniane idee stanowią bowiem o tożsamości środowisk, które umownie nazywamy lewicowymi. Dlatego nie mogą one z nich zrezygnować, bo straciłyby podstawę swego istnienia. Wcześniej czy później, dzięki propagandzie i dobrze opanowanej sztuce demagogii dochodzą do władzy i od nowa rozpoczynają wdrażanie swoich utopii społecznych.


Jest Pan pedagogiem. Dlatego wiele miejsca w Pańskiej książce zajmują opisy tego, co może się zdarzyć w szkolnictwie. Czy rzeczywiście może dojść do tego, że uczniowie będą mogli bić nauczycieli, a na lekcjach wychowania seksualnego będą się uczyć o zoofilii jako jednej z seksualnych preferencji do wyboru?


Czy dojdzie do tego, że uczniowie, w imię rekompensaty wielowiekowych „prześladowań uczniów przez nauczycieli”, będą mogli wymierzać razy współczesnym pedagogom? Cóż, podobno Indianie północnoamerykańscy otrzymują jakieś formy rekompensaty za wielowiekowe prześladowania. Jeśli ten sposób politycznie poprawnego myślenia się upowszechni, to wszystkiego możemy się spodziewać. Oczywiście – to jest pewne przerysowanie, żeby uświadomić absurdy związane z funkcjonowaniem szkolnictwa, ale nieformalnie uczniowie przecież już biją lub w inny wymyślny sposób znęcają się nad nauczycielami – wystarczy wsłuchać się w doniesienia medialne.


Jeśli chodzi o zoofilię, to przy takim tempie „postępu" za 50 czy 60 lat wszystko może się zdarzyć.


A propos, gdy ktoś czyta słowo pedagog, to od razu kojarzy mu się osoba promująca na terenie szkoły różne postępowe metody, które później testowane są na biednych dzieciakach. Ja akurat nie pasuję do tego schematu. Od lat staram się upowszechniać na różne sposoby klasyczną wizję edukacji i konieczność powrotu do starogreckich oraz tomistycznych ideałów wychowawczych, polegających przede wszystkim na powrocie do wychowania cnót i kształcenia według metody trivium.


Może Pan powiedzieć więcej o tym modelu edukacji i metodzie, o której Pan wspomniał?


Metoda jest stara jak świat, nie odkrywam tu niczego nowego, co najwyżej staram się odzyskać to, co zapomniane. Najkrócej mówiąc: chodzi o usprawnienie umysłu, woli oraz poszczególnych popędów poprzez nabycie odpowiednich sprawności, tak aby służyły człowiekowi, a nie władzy czy ideologicznym utopiom, które za tą władzą stoją. Podstawą jest powrót do pojęcia cnoty (gr. arete). Chodzi o konsekwentne formowanie określonych dyspozycji do działania poprzez uprawę „natury” człowieka. Na tym opiera się zasadnicza różnica między pedagogią klasyczną a współczesną. Ta druga za Rousseau powtarza, że człowiek z natury jest dobry, zapominając o skażeniu natury przez grzech. Natomiast w wersji postmodernistycznej przybiera radykalną postać i prowadzi do zanegowania edukacji w ogóle.


A jak ocenia Pan stan dzisiejszego szkolnictwa? Czy szkoła jeszcze wspiera rodziców w wychowywaniu dzieci, czy już je demoralizuje?


Oczywiście, że demoralizuje. Dzieje się to dwoma kanałami: przez programy szkolne oraz destrukcyjnie działające grupy rówieśnicze. Są oczywiście wyjątki. Znam szkoły dobre, które starają się realizować programy po swojemu i praca wychowawcza jest tam na niezłym poziomie. Znam też wielu nauczycieli, którzy tworzą przyjazne wyspy na tym oświatowym bagienku. Ale w skali kraju szkoła w obecnej formie jest instytucją szkodliwą, zdominowaną przez lewicowy sposób myślenia i nie zmieni tego faktu to, że raz na jakiś czas odprawi się Mszę świętą w tej czy innej szkole oraz powiesi krzyż.

Czy widzi Pan jakieś antidotum na ten stan rzeczy? Czy rodzice, którzy chcą wychowywać dzieci do wartości, powinni w miarę możliwości decydować się na homeschooling? Czy kręgi konserwatywne powinny w jakiś sposób walczyć o szkolnictwo? A jeśli tak, to na jakim poziomie: rządowym, samorządowym czy poprzez zarządzanie konkretnymi szkołami lub ich tworzenie?

Od lat staram się upowszechniać na różne sposoby klasyczną wizję edukacji i konieczność powrotu do starogreckich oraz tomistycznych ideałów wychowawczych, polegających przede wszystkim na powrocie do wychowania cnót i kształcenia według metody trivium.

Edukacja domowa na pewno jest rozwiązaniem. Choć nawet dzieci nauczane w domu realizują program ustalony przez MEN i w tym znaczeniu trudno się uwolnić od systemu! Ważny jest kontekst tego nauczania i wychowywania, pewne niuanse. Rodzice będą wychowywali zgodnie ze swoimi przekonaniami, ale – jeśli są nauczyciele o zbliżonych poglądach, to dlaczego nie oddawać im dzieci na wychowanie do szkół? Oczywiście wchodzi jeszcze w grę kontekst środowiskowy, grup rówieśniczych i ich negatywnego wpływu, ale można tworzyć szkoły prywatne i przez odpowiednią pracę neutralizować te negatywne wpływy. Jednocześnie nie da się lekceważyć znaczenia władzy politycznej i jej wpływu na szkolnictwo.

Na koniec pytanie z innej beczki. Głównym bohaterem Pana książki jest jeden z „kapłanów” ślepo zaangażowanych w stukturę nowego raju na ziemi. Oglądamy wszystko jego oczyma, czytając jego dzienniki. To chyba trudne wczuć się w taką rolę i przedstawić świat oczyma kogoś, kto myśli dokładnie odwrotnie niż Pan?


Akurat takie wczuwanie nie wydaje mi się zbyt trudne. Wystarczy poczytać niektóre blogi czy wpisy na portalach społecznościowych, aby łatwo zrozumieć ten sposób myślenia. R. Weaver pisał, że idee mają konsekwencje. Znając poglądy pewnych osób na dzisiejsze problemy, łatwo wywnioskujemy, jak będą się zachowywali w podobnej sytuacji, przy trochę zmienionych dekoracjach.



Link do książki: Rebelia w ogrodzie Eden.
--------------------

poniedziałek, 22 listopada 2010

Kabarety a gniew ludu

Zgadzam się z poglądem, że utrzymujące się duże poparcie dla PO wiąże się z działalnością różnego rodzaju komików i zgrywusów, którzy w telewizorach nabijają się z opozycji. Nikt nie chce być po stronie wyśmiewanych i nikt nie chce być obciachowcem. Wielu zaś chce przyjechać ze swojej wioseczki do wielkiego miasta, wykształcić się na europeistyce, dziennikarstwie czy marketingu i wstąpić do elity.

Metoda na wyśmianie i wykpiwanie opozycji jest nadzwyczaj skuteczna. Gdyby nie ona, już dawno doszłoby do “przegrzania” propagandowego i nastąpiłby “efekt bumerangu”, czyli lud przestałby słuchać telewizyjnych guru i zwróciłby swój gniew przeciw władzy. Właśnie za komuny doszło do takiego przegrzania.

Błędem komuny było to, że nie walczyła z opozycją śmiechem była bardzo poważna i sztywna. Czy ktoś pamięta jakiś kabaret nabijający się z "Solidarności"? Wręcz przeciwnie, komunistyczna cenzura, z nieznanych mi przyczyn, puszczała aluzyjne dowcipy Smolenia czy Laskowika, co sprawiało, że cała Polska śmiała się z komuny. A gdy na to nałożył się kontekst ekonomiczny i polityczny - nastąpił krach.

Czy zatem w obecnej sytuacji nie da się “nowej komuny” ruszyć z posad? Ludzie sprzyjający rządowi obsiedli większość przekaziorów. Kabarety i tok szoły ani mru-mru o PełO tylko wciąż jakieś żarciki i nabijanki z opozycji. Powodzie, wichury, morderstwa polityczne – a tu poparcie dla władzy ani drgnie. Ale, jak długo?

Teraz będzie dygresja.

Parę lat temu podróżowałem pociągiem. Pamiętam, że przyczepił się do mnie jakiś lewak, który wracał ze zjazdu lewackich radykałów. Nie przyznawałem mu się do swoich poglądów, a on całą drogę nadawał różne ciekawostki z lewackiego świata. Wówczas rządziło SLD, facet uważał ich za kapitalistów i zdrajców idei lewicowej. W pewnym momencie zadałem mu pytanie: “-Skoro jest tak źle, dlaczego ludzie nie wyjdą na ulice?” On na to rzecze mniej więcej tak: “-Ludzie przyzwyczaili się do kryzysu, żeby wyjść na ulicę muszą pożyć trochę w lepszych warunkach, a później musi nastąpić tąpnięcie gospodarcze, przyjść kryzys. Słowem – lud musi coś dostać, a potem to utracić. Wtedy będą protesty”.

I teraz puenta: wydaje się, że przez parę lat było lepiej. Teraz zaś większość znawców wieszczy kryzys. Znaczy się - według tez mojego przypadkowego kompana - lud powinien wyjść na ulicę.

Czy kabarety powstrzymają nadchodzący gniew ludu?
________________________

środa, 10 listopada 2010

Czy da się ochrzcić demokrację?

Pogląd o możliwości ochrzczenia demokracji jest w zasadzie powszechny. Ludzie naprawdę wierzą, że to najlepsza z możliwych organizacja życia społecznego, że człowiek nic lepszego nie wymyślił i takie tam. Mało kto pamięta przestrogi starożytnych filozofów, którzy twierdzili, iż rządy motłochu należą do tych najgorszych.

Wychodzi się z założenia, że jest to system „normalny” i nie jest on wrogi katolicyzmowi. Jeśli w ramach tego systemu pojawiają się jacyś wrogowie, to należy prowadzić z nimi spór, a w tym sporze wygrywa po prostu lepszy. Ludzie Kościoła muszą zatem robić swoje, tzn. pracować w szkołach (lekcje religii), w grupach wspólnotowych, nawracać skrawkiem posiadanych mediów, itd. Słowem – prowadzić ewangelizację w ramach demokracji.

Błąd tego myślenia polega na uznaniu tego systemu za neutralny światopoglądowo i dający “normalne” ramy dla życia społeczeństw. W rzeczywistości za panującymi dzisiaj typami demokracji stoją modele człowieka zbudowane na podstawowych błędach antropologicznych. Dlatego - nie rzecz w tym, że mamy jakąś skrzywioną demokrację po komunizmie, z agentami, którzy wszystko psują (co prawda, agentów też mamy), ale – powtórzmy – idzie o system, który jest tak skonstruowany, że wyrzuca z siebie, to, co budowane jest na fundamentach katolickich zasad.
 
Postępując w ramach demoliberalnych reguł  katolik skazany jest na porażkę: w kulturze, w mediach, wreszcie na polu gospodarczym. I wyjątki od tej zasady nie są tu żadnym argumentem.
______________

środa, 3 listopada 2010

Jeszcze o wojnie polsko-polskiej

Czy trwająca "wojna polsko-polska" jest rzeczywiście efektem zderzenia dwóch sił politycznych, sprawujących w Polsce władzę? Taki pogląd zdaje się dominować w tzw. "dyskursie medualnym". Nadmuchany nadmiernie konflikt partyjny ma prowadzić do ujawnienia silnych emocji. Czy jednak tak gwałtowne podziały i różnice rzeczywiście  nie wystąpiłyby, gdyby nie polityczno-propagandowa wojna pomiędzy partiami?

Przecież tak czy inaczej narasta polaryzacji światopoglądowa społeczeństwa. Z jednej strony mamy różnych liberałów i postępowców, którzy podążają za zachodnimi trendami, z drugiej - ludzi mniej czy bardziej  konserwatywnych, bliższych Kościołowi. Te różnice z każdym rokiem się pogłębiają i to one stanowią podłoże do pojawiających się konfliktów. Przywódcy partyjni jedynie je symbolizują.

Zgoda - aktualny układ na mapie politycznej dodatkowo antagonizuje ludzi. Ale tak czy inaczej za fasadą partyjną toczy się poważny spór światopoglądowy. Ewentualne zmiany na scenie politycznej, niczego tu tak naprawdę nie zmienią. Eskalacja tego konfliktu jest nieuchronna.

piątek, 29 października 2010

Kogo prowadzi PiS?

Dwie kobiety rozprawiają na tematy polityczne. Pierwsza mówi: - "Pani, jak ja widzę w telewizji tego Tuska, to aż mną trzęsie." Druga na to:" - Pani, ja mam to samo. Tylko że ja, jak widzę Kaczyńskiego, to mną trzęsie".

Nie ma jednak wątpliwości, że nienawiść do prezesa PiS obejmuje większą część społeczeństwa. Odpowiada to mniej więcej zasięgowi oddziaływania propagandy reżimowej w mediach. Ale na czynnik propagandowy nakłada się jeszcze jedna kwestia.

Nienawiść do J. Kaczyńskiego jest w pewnym sensie odbiciem nienawiści do Kościoła czy potocznego antyklerykalizmu. Owszem, prezesowi PiS daleko do Marka Jurka w pryncypialności poglądów katolickich czy tradycjonalizmu katolickiego. Ale w potocznym odbiorze jest on uważany za najbardziej "skrajnego", katolickiego polityka w Polsce. W związku z tym cała ta neopogańska niechęć do wiary, która w ostatnich dekadach pleni się w narodzie, znajduje winowajcę swoich rzekomych krzywd właśnie w J. Kaczyńskim.

Jednak część publicystów narodowych i konserwatywnych wytyka prezesowi PiS, że tylko gra katolickością dla celów partyjnych, uniemożliwiając powrót na scenę ugrupowań prawdziwie katolickich. Jest w tym sporo racji zwłaszcza, gdy obserwuje się działania posłów o poglądach lewicowych funkcjonujących w tej partii (np. Kluzik-Rostkowska).

Ale równocześnie mamy zjawisko odwrotne. PiS musi się wewnętrznie zmieniać i dostosowywać do prawicowo-katolickiego elektoratu. Widać to na przykład w podcinaniu lewicowych skrzydeł w partii. Nie jest zatem tak, że to J. Kaczyński przejął elektorat i nim dyktatorsko rozporządza. Ten elektorat stawia również pewne graniczne warunki, których złamanie może skończyć się jego odejściem.

Słowem - nie tylko prezes PiS holuje innych, ale sam jest holowany. Można powiedzieć, że to taka uboczna korzyść z tej całej... demokracji.
_________________________

niedziela, 24 października 2010

Czy można przerobić premiera na niedojdę w peruwiańskiej czapce?

Od razu odpowiadam na pytanie tytułowe: dla marketera politycznego to żaden problem. Dajcie mu tylko odpowiednie narzędzia. W mediach nie oglądamy bowiem realnych polityków, tylko ich zniekształcone sobowtóry. Wiedzą o tym dobrze specjaliści od medialnych tricków, choć zwykli ludzie na ogół nie zdają sobie z tego sprawy.

Jeżeli zatem w przekaziorach widzimy prezesa PiSu, w kreacji pt.: "Mściciel o skołatanych nerwach", to mamy do czynienia jedynie z pewnym pomysłem medialnym na J. Kaczyńskiego. Tak jak już wspomniałem, gdyby strona przeciwna dysponowała odpowiednimi środkami łatwo zrobiłaby z D. Tuska wiejskiego niedojdę w czapce peruwiańskich Indian, albo - idąc po "linii dziadkowej" - ludobójcę z Wermachtu.

Nie twierdzę, że J. Kaczyński nie pomaga w utrwaleniu swojego wizerunku, ale tak naprawdę jest to kwestia drugorzędna. Gdyby miał inną mentalność, inną mimikę twarzy itp., być może opóźniałby osiąganie celów propagandowych swoich przeciwników. Niewykluczone, że miałoby to wpływ na przyjęcie przez nich innej strategii, ale ostateczny cel byłby wcześniej czy później osiągnięty. Przewaga medialna jest zbyt duża.

Nawet gdyby jakimś cudem, taki łagodny polityk jak Marek Jurek, uzyskał poparcie 25% społeczeństwa, szybko dorysowano by mu ciemne okulary i wąsiki, osiągając efekt Pinocheto-Hitlerka. Dlatego bzdurą są twierdzenia, że Kaczyński sam sobie winien, bo przyjął złą taktykę itp..

Przyjrzyjmy się jeszcze procesowi kreacji propagandowej. Ma on trzy etapy: najpierw tworzone są fikcyjne twory czy fakty medialne, którym nadawane są pozory realności. Potem tymi stworzonymi fantomami straszy się ludzi. I w końcu, po osiągnięciu odpowiedniego efektu zastraszania, następuje zrzucenie winy na osobę, której "doprawiono gębę".

Dlatego twierdzenie, że prezes PiS odpowiada za łódzi zamach (pomijając już inne apekty absurdalności takiej tezy), jest wewnętrznie sprzeczne. Jak może podgrzewać nastroje ktoś, kto nie ma realnego wpływu na media? "Agresja" jest produktem marketingowym reżimowej koalicji medialnej i tylko ona ponosi odpowiedzialność za swój produkt.
____________________________


czwartek, 21 października 2010

Winne będzie Radio Maryja

Z tym morderstwem w Łodzi "elitka" ma zagwozdkę. Intuicyjnie ruszyli tak trochę w ciemno i ogłosili, że J. Kaczyński sam sobie winien. Odczekali chwilę w napięciu, a potem pewnie: "Yes, yes - zaskoczyło!" "Młodzi, wykształceni" bez większych oporów to kupili. To mniej więcej tak, jakby Amerykanom czy Hindusom wcisnąć, że odpowiednio J. Kennedy i M. Gandhi zginęli, bo... prowokowali morderców. 

Jednak mimo wszystko coś im nie pasuje. PeOwiacy dalej wiercą się niespokojnie, przebierają z nogi na nogę, rozglądają niespokojnie. O co chodzi? A chodzi o to, że z punktu widzenia typowego propagandzisty zabójcą powinien być faszysta, fundamentalista, czarnosecinny katol, a tu - wyskoczył, jak Filip z konopii, zwolennik liberalnej "partii miłości". Czy to, co z miłości zrodzone może czynić zło? No i piarowcy mają zgryz, i ich nadworni "intelektualiści" oraz dziennikarze również. Kombinują zatemi, jak tu "dyskurs" poprowadzić, żeby przezwyciężyć tę sprzeczność. Rozglądają się na lewo i prawo, szukając punktu zaczepienia. I chyba w końcu znaleźli.

Udało im się podłapać gdzieś wypowiedź kolegi-taksówkarza, że zabójca słuchał Radia Maryja. Zawsze to już jest coś. I od teraz wrzucają na różne portale, niby to mimochodem, że taksówkarz-morderca był słuchaczem toruńskiej rozgłośni. W ogóle to się kupy nie trzyma: "Radiomaryjny" i strzela do PiSowsców? Gdzie tu logika? No, ale jak nienawiść, to musi być Radio Maryja!

Pierwszy krok zrobiony, ale teraz potrzebny jest drugi. Jakoś to trzeba poskładać, nadać temu newsowi przynajmniej pozory logiki. Wyjście jest tylko jedno: zabójca „agresję” przejął z Radia Maryja, a że „szaleniec”,  to mu się partie pomyliły! Aby patrzeć, jak zaczną nawijać w ten deseń.

Czy "młodzi, wykształceni" to kupią?
Tak pytam.
___________________________

niedziela, 17 października 2010

Napisałem powieść, czyli "Rebelia w ogrodzie Eden"

Akcja rozgrywa się  w  latach 70-tych XXI w. Po upadku Unii Europejskiej władzę na Starym Kontynencie przejmują organizacje skrajnie lewicowe (ekologowie, pacyfiści, eutanaziści,  itd). I jak w takich przypadkach bywa, chcą zbudować raj na ziemi. 

W przeciwieństwie jednak do poprzedników (np. komunistów) nowi władcy docenili znaczenie pierwiastka religijnego w edukacji społecznej. Zwalczają co prawda stare religie, ale  za to starają się zaspokajać potrzebę transcendencji w inny sposób. Robią to dzięki odkryciu prawa regeneracji komórek, które umożliwia  im „od-tworzenie” każdego zmarłego człowieka (czyli ponowne powołanie do życia w pierwowzorze).

Dzięki temu „wskrzesili” takich filozofów jak: Hegel, Rousseau, Wolter czy Lenin , którzy teraz kolegialnie sprawują rządy w państwie, stanowiąc Radę Bogów (w nich teraz się wierzy).

Bohaterem opowieści jest jeden z "kapłanów" (czyli pośredników między Radą Bogów a ludźmi), który sprawuje jedną z urzędniczych  funkcji  w strefie polskiej, wielonarodowej federacji europejskiej. Na tle jego przypadków dowiadujemy się m.in., że: uczniowie w specjalnym gabinecie wymierzają kary źle wykonującym swą pracę nauczycielom, a uporczywy katar (dwutygodniowy) kwalifikuje do eutanazji.

W tym "najdoskonalszym" z systemów, bo stworzonym przez "największych" myślicieli w historii, lud jednak  nie jest wdzięczny swym władcom. Wręcz przeciwnie - pod pozorną spolegliwości czai się bunt. Z czasem wybucha rebelia, a na światło dzienne wychodzą tajemnice skrywane przez rządzących.

*  *  *

Wydawcą książki (ebooka)  jest Klub Libenter pl., który oferuje kilkadziesiąt ebooków w abonamencie.

Strona ebooka: Dariusz Zalewski, "Rebelia w ogrodzie Eden", Rzeszów 2010 

Przy zapisie do Klubu, każdy kto wpisze jako osobę polecająco: "Dariusz Zalewski",  otrzyma 10 zł zniżki.
Do Klubu można dołączyć klikając tutaj.

________________________

poniedziałek, 11 października 2010

Zoologiczny antyfeminizm?

W codziennej poczcie dostałem link do pewnego filmu na YouTube. Na pewno nie wszyscy go widzieli, dlatego zdecydowałem się na umieszczenie go na blogu. Film stanowi przykład typowo angielskiego poczucia humoru, ale uwaga - może obrazić uczucia religijne feministek! Mam jednak nadzieję, że kobiety, które nie czują się feministkami, nie potraktują go zbyt serio. Zwłaszcza, że posiada on drugie dno i tak do końca nie jest pewne z kogo autorzy się nabijają.



środa, 6 października 2010

Czy wirtualność może przykryć realność?

Rząd podnosi podatek VAT, dług publiczny rośnie w takim tempie, że nawet L. Balcerowicz przestał milczeć, ale rząd PO cały czas wierzy w politykę zagłuszania zbliżającego się bankructwa państwa.

Dopalacze to kolejny pretekst do przykrywania pewnych spraw. Temat praktycznie wybucha z dnia na dzień, jakby go wcześniej w ogóle nie było. Czyżby, powiedzmy, dwa tygodnie temu nikt nie trafiał do szpitala po środkach psychoaktywnych, a epidemia zaczęła się nagle, właśnie teraz (sam problem jest oczywiście ważny, ale tu rozważam tylko jego polityczny kontekst)?

Wcześniej odwracaniem uwagi od różnych spraw zajmował się J. Palikot. W sierpniu tego roku umiejętnie posłużono się krzyżem, teraz najwyraźniej wyciągnięto dopalacze. Co ciekawe, lubelski polityk twierdzi, że w ten sposób chciano zagłuszyć jego imprezę. Cóż: "kto czym walczy od tego ginie!".

Problem jest jednak nieco innej natury. Mniej interesujące jest co czy kogo aktualnie zagłuszają piarowcy PO, tylko - do czego takie zagłuszanie w ogóle prowadzi? Czy dzięki niemu problem realnie znika? Czy np. bankructwo i kryzys państwa przestają nam grozić?

Oczywiście, że nie. Przykrywanie służy jedynie podtrzymywaniu (czytaj: przedłużaniu) agonii władzy. Ale nie tylko o władzę tu chodzi. Sprawy poszły o wiele dalej.

Piarowcy PO sprawiają wrażenie, że naprawdę wierzą w rzeczywistość, która jest tylko wytworem ich wyobraźni, a ściślej pisząc - mediów. Dzięki mediom stwarzają własne, wirtualne światy, w których żyją i w które wciągają społeczeństwo.

Przy czym, jakby utracili nad tym kontrolę i ich wiara w tworzone fatamorgany wydaje się być autentyczna.

Cóż, przebudzenie będzie tym bardziej bolesne.

PS. Polecam artykuł: Pedagogika personalistyczna

wtorek, 5 października 2010

Co sobie myśli celebrytka?

Jak wiadomo rolą celebrytek(-tów) jest wygłupianie się na wizji, granie w głupich serialach i “bycie skandalistką (-tą)”. Takie zachowania podobają się ludowi, który ekscytując się nimi zabija popołudniowo-wieczorną nudę.

Ciekawe, że przeciw celebrytkom(-tom) często występują tzw. lewicowe autorytety moralne. Teoretycznie reprezentują podobną opcję obyczajową i na zdrowy rozum powinni trzymać się razem. Jednak “intelektualiści” lubią nabijać się z gwiazd i wręcz demonstrować swoją wyższość moralną.

Skąd to rozbicie? Wydaje się, że jest to rodzaj środowiskowej zdrady, wynikający ze zwykłej zazdrości (“oni mają kasę, a my nie”). Autorytety z racji roli pełnionej w społeczeństwie (mentorstwo intelektualne) ściągają mniej pieniędzy do swoich kieszeni (wiadomo - “czytalność” jest kiepska).

Gwiazdki, pełniąc nieco inną rolę w systemie (nie pouczają, lecz demoralizują), mają większą oglądalność, co przekłada się na ich zarobki.

Jak one reagują na tę krytykę?

Mogą być dwie możliwości. Pierwsza - nie zdają sobie z tego sprawy, przygłuszone aplauzem tłumów. Może nawet nie uświadamiają sobie istnienia grupy prześmiewczej, ewentualnie ją marginalizują, dostrzegając tylko “moralizujących prawaków”. Druga - wchodzą w rolę celebrytek (-ów) z wyrachowaniem. I w odpowiedzi na zdradę rzeczą mnie więcej tak:

“- A śmiejcie się ze mnie wy humaniści, intelektualiści, czy jak wam tam. Ja mam kasę, dom, basen, a wy co? Poczucie wyższości. Weźcie sobie swoje poczucie wyższości i udławcie się nim!”

Słowem – taka współczesna wersja Dołęgo – Mostowiczowego: „Wolę Buicka od pomnika”.

Wychodzi na to, że wbrew pozorom, te wszystkie paniusie, okazują się cwańsze od podstarzałych, moralizujących, lewicowych dziadków. Zdecydowanie więcej kasy ciągną z tego interesu, który zwie się szumnie “liberalną demokracją”.

czwartek, 23 września 2010

Dlaczego wielu prawicowców utrzymuje się z budżetu?

Utrzymać się z własnej pracy bez ściągania kasy z budżetu jest w dzisiejszych czasach (a zresztą w każdych) wyjątkowo trudno. Najemnicy prywatni i najemnicy budżetowi, a więc ludzie, którzy sami nie potrafią zdobyć pieniędzy (legalnie!) na swoje i rodziny utrzymanie, stanowią olbrzymią większość społeczeństwa.

Paradoksalnie pewna część budżetowców czy najmitów, to osoby o poglądach prawicowych, może nawet werbalnie wolnorynkowych. Jednak z różnych przyczyn nie udaje im się utrzymać własnej firmy i muszą pozostawać na garnuszku państwowym lub prywatnego właściciela.

W efekcie wybielają budżetówkę: że nie taka zła, że prawicowość, to kwestia religijno-kulturowa itp. Oczywiście narażają się ze strony “korwinowców” na zarzut socjalizowania. Jednak w rzeczywistości nie zawsze są gospodarczymi socjalistami czy zwykłymi nieudacznikami. Przyczyną bywa... moralność i zbyt czułe sumienie.

Cały ten handel, reklama, sprowadzają się do „łowieniu klienta”. Żeby go złowić trzeba zastosować jakąś strategię manipulacji. Nawet jeśli produkt, który proponują jest godziwy moralnie, to same podchody pod klienta, kombinowanie z podatkami, potyczki z konkurencją, zawsze będą rodziły wątpliwości moralne. Ktoś, kto nie ma zbyt pojemnego sumienia, nie poradzi sobie z tym, no i - zostaje budżetowcem.

Nie chcę przez to powiedzieć, że to wina np. moralności katolickiej. Wręcz przeciwnie, to świat jest tak zorganizowany, że dla skutecznego osiągnięcia niektórych celów (w tym gospodarczych), trzeba niekiedy przymknąć oko na pewne sprawy lub - powtórzę to jeszcze raz - mieć bardzo pojemne sumienie. Jeśli się go nie ma – będzie trudniej przebić się przez konkurencję. Owszem, jest to możliwe i nie wszyscy “kapitaliści”, to niemoralni krwiopijcy. Znam, czy słyszałem o takich, którzy, dzięki doskonale uformowanej cnocie roztropności, potrafią odnajdywać zawsze (chyba?) godziwe środki w realizacji swoich celów gospodarczych. W pewnym sensie jednak prezentują swego rodzaju heroizm etyczny.

Jednak w większości przypadków do wyboru pozostaje praca dla kogoś lub “pasienie się na urzędzie” z pieniędzy budżetowych.

Jak widać alternatywa jest trudna: heroizm albo socjalizm!

sobota, 18 września 2010

Hetman Źółkiewski i ukraińskie disco polo

Żółkiew to miasteczko założone przez hetmana Stanisława Żółkiewskiego. Leży około trzydziestu  kilometrów od granicy z Polską, w kierunku na Lwów. Miasteczko należało między innymi do Sobieskich i Radziwiłłów. Największą perełką wśród jego zabytków jest kościół farny wziesiony na początku XVII wieku przez założyciela grodu. Hetman zresztą spoczywa w podziemiach świątyni wraz z innymi przedstawicielami ważnych dla miasteczka rodów

Kościół znany był m.in. z obrazów batalistycznych przedstawiających wielkie bitwy oręża polskiego. Teraz te dzieła znajdują się w Polsce.

Nieopodal fary rozciąga się obszerny plac. Za komuny pewnie maszerowały po nim pochody pierwszomajowe. Obecnie rozstawiono tu ogródki piwne, z których rozbrzmiewa ukraińskiego dico polo.

Do grobu Hetmana jest stąd kilkadziesiąt metrów. Z jednej strony Zdobywca Moskwy, z drugiej - ta muzyka.
Kicz, który chce zagłuszyć wielkość.

wtorek, 14 września 2010

Kumplo-ojciec Narodu

Kluczem do uwiedzenia polskiego wyborcy jest pewien ulotny, trudny do zdefiniowania “luz” w zachowaniu, gestach, sposobie mówienia polityka. Luz ten sprawia, że zostaje on budzącym zaufanie “swoim chłopem”.

“Swojskość” osiąga się nie tylko przez luz, ale również unikanie wychylania się w różnych sprawach oraz akcentowanie aspektu ludycznego (piłka, skoki narciarskie, piwko itp.) w kontaktach z elektoratem. Trudno o takim przywódcy powiedzieć, że jest tylko “Ojcem Narodu” – on jest równocześnie “Kumplem Narodu”.

Donald T. z pewnością docenia znaczenie “kumplostwa”. Ale zdaje sobie również sprawę z wagi “ojcostwa” w kampanii wizerunkowej. Chce być ojcem nowoczesnym, dialogicznym, partnerskim, posiadającym jednak też pewne cechy tradycyjnego pana domu. Jest wspaniałomyślny, brzydzi się małostkowością, pieniactwem. Nieustannie wybacza wszystkim, rzucającym kłody pod nogi. Patrzy dalej, widzi więcej. Te oczy z plakatu wyborczego. One dostrzegają coś, co nie jest dane maluczkim, sięgają poza horyzont: “- Miałem sen, że wszyscy ludzie w Polsce byli równi, bogaci i piękni. Miałem sen...”
Czy nie o to tu chodzi?

Dobry ojciec wprowadza bezpieczeństwo i spokój. Tam gdzie nie ma ojca, tam często są kłótnie, krzyki, bójki między rodzeństwem. Ojciec emanuje spokojem, przy nim opadają emocje, powraca nadzieja (“wszystko będzie dobrze”).

Można by się doszukiwać także religijnego kontekstu sprawy. Czyż Donald T. nie jest nam zesłany przez niebiosa? Czy nie jest nowym przywódcą-prorokiem, wizjonerem przyszłej Polski. Stąd wiara w cuda. Obietnice cudów świadczą o jego nadzwyczajnych mocach.

W takiej sytuacji każdy, kto mu przeszkadza, rzuca kłody pod nogi, jest niewdzięcznikiem, człowiekiem bez serca, nienawistnikiem, który słusznie jest wywlekany na środek sceny medialnej i bezlitośnie pałowany przy fleszach aparatów i pod czujnym okiem kamer.

“Ojciec” jakby tego nie widzi - on nie od tego, on ponad tym.

Taki to już jest, ten nasz “Kumplo -ojciec Narodu”.

czwartek, 2 września 2010

Co w antykatolickiej propagandzie decyduje o sukcesie?

 Dzisiaj decydują czynniki intuicyjno-mentalne. Jeśli ktoś lub coś zostanie zaliczony do obciachu, wówczas system go automatycznie odrzuca. Dlatego walka na poziomie intelektualnym w doraźnej polityce zeszła trochę na drugi plan (choć oczywiście nie można jej lekceważyć).

Nikt nie chce być wyśmiewanym, dlatego łatwo przyjmuje narzucany mu antyobciachowy (lewicowy) sposób myślenia. Rządzące media za symbole obciachu obrały sobie: Kościół i prawice. Kościół jest trwałym elementem tej układanki, zmienia się uważana za najbardziej prokościelną w danym momencie partia. Dawniej był to ZchN, kilka lat temu LPR, aktualnie na scenie pozostał PiS. Gdy pojawi się inny formacja, automatycznie właśnie ona stanie się obciachowa. Cały myk polega na umiejętnym wyprodukowaniu obciachowości.

Jak ją zatem wyprodukować? Istnieją trzy najważniejsze czynniki, gwarantujące sukces. Po pierwsze - trzeba mieć przewagę w mediach, narzucać w nich ton, wedle którego śpiewa reszta. Po drugie – w tych mediach nieustannie pokazywać kto jest „nowoczesny”, „świeży”, postępowy”, a kto jest zacofany. Postępizm jest oczywiście czysto umowny i narzucany na siłę. (Por. M. Karwat, O Złośliwej dyskredytacji. Manipulowanie wizerunkiem przeciwnika).

Po trzecie – najważniejsze. Zwalczany “obiekt” nie może być karany, prześladowany fizycznie przez innych rewolucjonistów (przynajmniej w fazie początkowej); może być tylko wyśmiewany. Komuniści krytykowali obóz klerykalno-faszystowski i prześladowali go; zachowywali się w sposób nadęty i poważny. Czy widział ktoś kabarety wyśmiewające “Solidarność”? Wręcz przeciwnie – komuniści (niczym samobójcy) dopuszczali aluzyjne skecze (Laskowik, Smoleń), które wyśmiewały komunę.

Dzisiejszy “sukces” antykatolików bierze się właśnie stąd, że nie są oni do końca poważni, że działają przez wygłupy, ironię (taka trochę postmoderna). Ale zbyt długo tak nie wytrzymają. Zaraz zaczną na poważnie. Już się rwą do “oddzielania Kościoła od państwa”, “zdejmowania krzyży” itd. A wtedy czar ironii i kpiny zniknie, nadejdzie zwykła, znana z historii, faza prześladowań.

Można by rzec : wszystko powróci do normy.
A oni znowu przegrają.

Zawsze przegrywają.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Kołchoźnik, basen i "psy Pawłowa"

Miasteczko X na Śląsku - nowoczesny basen, zjeżdżalnie, bicze wodne. Jak mawia młódź: "full wypas". Gdy pogoda dopisuje nie trzeba wyjeżdżać na Mauritius. Jedna tylko rzecz, niczym oścień kłuje...

Z głośników dudni muzyka komercyjnej stacji radiowej, a co godzinę podają tendencyjne wiadomości (jak widać kontynuuję temat z ostatniego wpisu). Każdy musi obowiązkowo tego słuchać, każdemu to się musi podobać. Zarządcy nawet nie dopuszczają na myśl, że może być inaczej. Jak kto nienowoczesny, niech siedzi w domu. Ot, typowa, demokratyczna, wolność.

Za komuny też były kołchoźniki. Tak władza komunikowała się z ludem pracującym miast i wsi. Jak widać, niewiele się zmieniło. Owszem, dekoracje są inne, ale metoda podobna (a propos mechanizmów propagandy polecam książkę "Wywieranie wpływu na ludzi" R. Cialdiniego). Z tą tylko różnicą, że dzisiaj bardziej skuteczna. Dlaczego?

Kiedyś chłop czy robotnik słuchał wiadomości z kołchoźnika, idąc do pracy w pole czy do fabryki. Wiadomości kojarzyły mu się z negatywnym bodźcem. Z głośnika słyszał komunikat: "Bierut dobry", ale zamiast nagrody dostawał karę - ciężką robotę za grosze. Czy można się dziwić, że komuna padła?

Dzisiaj - "młody, wykształcony", leży sobie nieopodal basenu lub kąpie się w podgrzewanej wodzie. Wiadomości  płynące z kołchoźnika kojarzą mu się z pozytywnym bodźcem: "Tusk dobry" - nagroda (kąpiel, sztuczna fala lub zjeżdżalnia). Pozytywny komunikat o Tusku utrwala się, skojarzenia są pozytywne  

Potem, gdy taki typo odsłucha sobie w domu "tefałena", od razu na słowo "PO" ślina mu pocieknie...

środa, 18 sierpnia 2010

O słuchaczach stacji komercyjnych i metafizycznym doświadczeniu

Lato sprzyja wyjazdom nad wodę. Jeden z upalnych letnich dni spędzałem nad jeziorem. Przyjechliśmy  stosunkowo wcześnie. W pierwszej godzinie plażowania było nawet pusto. Między szumiącymi sosnami przebijało się piekące słońce. Można rzec: sielsko, nudnawo, patetycznie. W takich chwilach człowiek zajmuje się dziwieniem, że można się nudzić. Leży, gapiąc się w konary starych drzew, które zamykają widok na słońce, by po chwili go ponownie otworzyć. Obok, cierpliwie, czeka sobie  książka.

Nagle akcja się ożywia. Słońce chowa się na dłużej za kopułą gałęzi. Pojawia się wiatr. Wraz z nim zajeżdża samochód. Otwierają się drzwi. Plażę przenikają dzikie rytmy z radia. Z sosen zerwało się stado wron. I oto rodzinka z butelkami piwa w dłoniach: tata, synek, mamuśka. (Trzeba przyznać, że młodsze dzieci jeszcze nie miały butelek w dłoni.).

Od lat zastanawiam się nad problem rzekomej niższości moralnej słuchaczy Radia Maryja, nad słuchaczami tzw. stacji komercyjnych. I oto miałem okazję się odchamić. Poprzebywać z lepszym typem człowieka. Kąpielsko zaczęło się zapełniać. Zewsząd dochodziły odgłosy różnychi: "zetek", "eremefów", "esek", "gold przebojów" ...

Wkrótce pojawiła się grupa studentów i studentek, którzy rozłożyli się w najbliższym sąsiedztwie mojego koca.

Panienka jęła rozkładać krzesełko składane. Po chwili głośno wyraziła swój gniew:
- Dlaczego to pier... krzesło nie chce się rozłożyć?
W odpowiedzi jeden z młodzieńców, jak na gentelmena przystało, ruszył na pomoc. Jął szarpać i prostować mebel wykrzykując:
- Je... krzesło. Kur... o co tu chodzi?
Tak nasza młodzież  nie mogła sobie poradzić z trudnym zadaniem rozłożenia krzesełka. W końcu panienka usiadła na źle rozłożonym. A że miała spore gabaryty krzesło trzasnęło, a ona wylądowała na piachu, wywołując inteligencki rechot "młodych, wykształconych" kolegów.
- Wyp... to je... krzesło - nakazała młodzieńcowi. Ten natychmiast wypi... krzesło w krzaki.

Młódź po konsumpcji piwa wpadła na pomysł, żeby się wykąpać. Jeden ze studentów poszedł sprawdzić, jak zimna jest woda.  Woda była zaj... Słysząc taką ocenę kwiat młodzieży potupał w stronę jeziora.

Po powrocie rozmawiano o tym i o owym. O sesji i jeb... profesorach, o modzie i aktorkach (dziewczyny), o sporcie, wreszcie o polityce, a głównie o zaletach Komorowskiego,  o Palikocie ("co daje do pieca"), rechotali z "Kaczora",  narzekali na kler  itp. Z "komórek" przestawionych na radio, sączyły się "zetki", "eremefy" i inne takie. Na studenckim kocu powiewała, niczym sztandar, wiadoma gazeta, co chwilę przeglądana przez innego studenta(kę).

Podchmieleni poczuli się swobodnie: załatwiali się bez skrępowania niedaleko pod krzaczkiem oraz rzucali pety, gdzie popadło (jeden nawet wpadł do mojego buta). Gdy zwróciłem im uwagę, popatrzyli na mnie, jakby swym telepatycznym wzrokiem poznali we mnie słuchacza Radia Maryja - nienawistnika i pieniacza.

Gdy po tym metafizycznym doświadczeniu, przed odjazdem upychałem manatki i sadowiłem dzieci w samochodzie, popatrzyłem jeszcze raz na chyboczące się sosny. Jeden ze studentów - ten co wrzucił mi niedopałek do buta - pogardliwie spojrzał w moją stronę. Pomyślałem, że czas uciekać.
Tylko dokąd?

Oni są przecież wszędzie.

sobota, 24 lipca 2010

Zapomnijmy o zwycięstwach

Zwycięstwo kandydata PO jest spektakularne i symboliczne. Opowieści, że PiS dzielnie walczyło, że J. Kaczyński (postrzegany jako prawicowy, podkreślam słowo postrzegany), osiągnął dobry wynik, zamydlają tylko obraz rzeczywistości.

B. Komorowski wygrał pomimo: afery hazardowej, braku spełnienia przez Platformę całej masy obietnic wyborczych, tragedii smoleńskiej i atmosfery wokół niej, wreszcie - klęski powodzi. I choć nie ulega wątpliwości, że media sprzyjają Platformie, to opozycja miała pewne kanały przez które mogła docierać do widzów czy słuchaczy, a mimo to - przegrała!

"Stary Polak” został zaduszony medialnym jazgotem i znowu zwyciężył ten “nowy. Odnosi się wrażenie, że nawet ludzie głodni czy nadzy i tak będą głosowali na PO. Piar piarem, ale zganianie wszystko na umiejętną propagandę medialną jest spłaszczaniem problemu. Kandydaci prawicowi (czy uznawani za prawicowych) nie są w stanie wygrać w żadnych wyborach od około 3 lat. Wiąże się to z wkraczaniem na scenę wyborczą ludzi urodzonych pod koniec lat osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych, czyli wychowywanych i dorastających w specyficznym klimacie intelektualno-moralnym społeczeństwa liberalnego. Nie chodzi tylko o propagandę, ale także o sposób funkcjonowania szkolnictwa, rozwydrzony system wychowania, konsumpcjonizm, sączącą się z mediów pogardę do wszystkiego co katolickie itp.

W efekcie wyrósł nam specyficzny typ człowieka, który z każdym rokiem coraz bardziej się umacnia w społeczeństwie. Ten typ nigdy nie zagłosuje na katolicką prawicę. Posiada taką konstrukcję mentalno-moralną, dla której katolicki-konserwatysta kojarzy się od razu ze specyficznym koktajlem faszyzmu, głupoty, obłudy i prymitywizmu. On to czuje całym sobą, nie tylko intelektem, dlatego nawet przejęcie mediów przez prawicę - niewiele tu zmieni.

Jeśli przegrywa J. Kaczyński (w sumie polityk zaliczany do tzw. prawicy umiarkowanej), to tym bardziej przegra każdy kandydat o bardziej wyrazistych poglądach konserwatywnych. Gdy się tylko wychyli zostanie uderzony medialnym młotem tak, że mu się odechce polityki

Z tego względu autentyczna prawica moralna nie ma aktualnie żadnych szans na zwycięstwo i rządzenie w Polsce, chyba, że... stanie się lewicowa, czyli będzie głosiła lewicowe poglądy (próbę takich działań obserwowaliśmy w ostatniej kampanii). Być może możliwe jest rządzenie w jakiś pokracznych lewicowo-prawicowych koalicjach, ale dla ludzi, o jako takim kręgosłupie moralnym, jest to rozwiązanie nie do przyjęcia. Paradoks polega na tym, że w kraju katolickim, katolicy o poglądach konserwatywnych są kurczącym się gettem i tak naprawdę nie widać perspektywy zmiany tej sytuacji. 

Można zadać fundamentalne pytanie: co dalej? Niełatwo znaleźć nań odpowiedź.

W obecnym, demokratyczno-liberalnym układzie, można tylko opóźniać marsz Rewolucji, na ile tylko się da w wymiarze: politycznym, kulturowym, gospodarczym, edukacyjnym. Wydaje się, że istnieje realna szansa na zorganizowanie sobie enklaw do życia w prymitywnym lewackim świecie dla obecnego pokolenia, może nawet ich dzieci. Jednak przy tej progresji “późny wnuk” z dużym prawdopodobieństwem zostanie przerobiony na modłę systemu, a jeśli nie, to i tak będzie zmuszony żyć wedle lewackich reguł.

Chyba, że zdarzy się cud.

środa, 16 czerwca 2010

Gdy B. Komorowski wygra wybory...

... Platforma i jej sympatycy będą  triumfowali. Odbiją TVP, potem "Rzeczpospolitą", osiągając pełnię władzy i  przychylność w mediach. Przez następne 4-5 lat będą nabijali się ze swych przeciwników politycznych, upokarzając ich i pognębiając. Wprowadzą swoje ustawy, których nikt nie zawetuje. 

Pokusa takiego myślenia, zwłaszcza w przedwyborczej gorączce politycznej, jest na pewno spora. Platformersi podgrzewają atmosferę chcąc sprowokować rywala. Tym samym emocje na politycznej scenie zaczynają osiągać niebezpieczne rozmiary. Dziwi zapiekłość i prowokacyjne zachowanie liderów PO, które przenosi się na zwykłych ludzi, internautów itp. Można odnieść wrażenie, że teraz podnieśli głowę, jakby chcieli nadrobić czas, gdy tuż po katastrofie musieli milczeć, bo sytuacja to wymusiła. 

Swoimi prowokacjami tworzą "falę powodziową" o wiele groźniejszą od tej, która przechodziła w ostatnich tygodniach przez Polskę. Falę, której nie widać, ale która może się nagle pojawić. Uśpieni piarem  myślą, że ten sprowokowany przez nich gniew i wyzwolona w ten sposób energia społeczna da się po wyborach skanalizować lub zwyczajnie stłumić.

Dziwię się tym politykom, którzy w czasach kryzysu gospodarczego zamiast studzić emocje narodu, chyboczą łodzią  eskalując konflikty. Taka postawa świadczy o braku klasy elity politycznej i jej krótkowzroczności.

Nie da się tego wytłumaczyć inaczej, jak tym, że liczy się dla nich jedynie partyjny interes. Zagrożeni w realizacji  celów z nim związanych tracą umiar i imają się różnych sposobów, aby odwrócić niekorzystne trendy w sondażach. Ale tym samym tworzą "niewidoczną falę", która przy najbliższej okazji ich zmyje.

środa, 28 kwietnia 2010

PSYCHOANALIZA A WIARA W OBJAWIENIA

W jednym z archiwalnych numerów czasopisma Nomos (nr 5/6) Michael P. Carroll przedstawia psychoanalityczną interpretację Objawień Maryjnych w La Salette i Lourdes. Jednak najpierw przyjmuje freudowskie wyjaśnienie przyczyn halucynacji, wedle którego stłumione popędy, stresy czy nieuświadomione pragnienia ujawniają się tak samo jak we śnie również i w postaci rzekomych „urojeń na jawie”. Następnie autor tropi te „stłumione pragnienia” u osób, które miały widzenia Matki Bożej.

I tak okazuje się, że Maksim - chłopiec który miał widzenie w La Salette - halucynował jedynie swoją niedobrą macochę, którą - zresztą - chciał zbić(!) za złe traktowanie. Z kolei głód jaki miał spaść na Francję, jeśli się nie nawróci - to jedynie wynik głodzenia Maksima przez macochę, chcącą wymusić na pasierbie poprawę w zachowaniu. Chłopiec przeniósł głodowe problemy w domu  na swą ojczyznę, a związane one były ze sposobem wychowania dziecka.

W Lourdes Bernadetta miała widzenia swojej przybranej matki; bogatej - jak na owe czasy - siostry ojca, a nie Matki Chrystusa. Gdy powróciła do swego biednego, rodzinnego domu po latach pobytu u wychowującej ją ciotki i zobaczyła jego nędzę, zapragnęła dalej żyć w dobrobycie; jej pragnienie luksusu sprawiło, że ujrzała w wizji kobietę, którą w rzeczywistości była jej przybrana matka.

Po pierwsze.

Jeśli nawet dopuszczamy istnienie psychoanalitycznych przyczyn i ich wpływu na postawę dzieci, zgodnie z interpretacją cytowanego autora, to czy równocześnie dowodzi to, że cudu objawienia nie było? Mogły przecie zaistnieć przyczyny, o których wspomina autor, ale nawet one nie są dowodem na fałszywość objawienia. Dlaczego?

Wywód Carroll'a jest analogiczny z koncepcjami głoszonymi przez Feuerbacha. Jak wiadomo, według niemieckiego filozofa, wiara w życie wiecznie jest wynikiem ludzkich pragnień egzystowania w lepszym świecie, bez cierpień i nieszczęść. Stąd wzięło się rzekomo  pragnienie życia po życiu.

Wyobraźmy sobie teraz kapryśne dziecko, które za wszelką cenę chce zjeść loda. Godzina jest jednak wczesna i jego ojciec, nazwijmy go Feuerbach II, z uporem powtarza, że lodziarnia jest zamknięta, dodając: - Twoje pragnienie zjedzenia loda, nie wpłynie na otwarcie sklepu. Dziecko zaś wykorzystując chwilę nieuwagi opiekuna wymyka się z domu, by naocznie przekonać się, czy lodziarnia jest jeszcze zamknięta. I oto okazuje się, że właściciel z niewiadomych przyczyn w tym dniu wcześniej otworzył lodziarnie. Naturalnie, pragnienie chłopca nie miało żadnego wpływu na jej otwarcie. Ot, została otworzona i tyle, bez żadnej psychoanalitycznej magii. Panu Feuerbachowi II pozostanie tylko rozdziawić gębuchnę i przeanalizować pisma Feuerbacha I, by udoskonalić swoją teorię.

Paralela - pomimo niedoskonałości takich przykładów - chyba jest jasna: objawienie mogło zajść niezależnie od stłumionych pragnień dzieci (gdyby nawet przyjąć interpretację autora). Słowem – powtórzmy to raz jeszcze - nawet istnienie pragnień i kompleksów, nie dowodzi nieistnienia życia nadprzyrodzonego!

Po drugie.

Jeśli prawdą jest co mówi Carroll, to również inne głodne dzieci powinny mieć wizje dobrodziejów lub tych osób, którzy ich skrzywdzili. Skoro zatem źle traktowane dzieciaki halucynują swoje matki lub inne bogate kobiety, to dlaczego kilku znanym mi osobom nie objawiła się Najświętsza Pani, która np. symbolizowała ich matkę? Co gorsze - w ogóle nie mieli żadnych halucynacji.

Spodziewana odpowiedź: - Nie każdy ma od razu widzenia, niektórzy odreagowują takie stany w marzeniach sennych, innym odkładają się w kompleksach, stresach itd.

Słowem - nie jest pewne dlaczego coś przechodzi w kompleksy, a nie w zwidy, bądź jeszcze w coś innego. Zazwyczaj mówi się wtedy o innych okolicznościach, bliżej nieznanych, które zaszły i wpłynęły na rodzaj reakcji na „stłumione pragnienie”.

Warto zwrócić uwagę, że „badanie” jest więc dopiero rozpoczęte i trzeba jeszcze przeanalizować te rozliczne „inne okoliczności”, mające rzekomy wpływ na sposób reakcji na spragnione pragnienie. Niewykluczone, że badając je odrzucimy wcześniejsze założenia, na których oparł się Carroll (czyli efekt halucynacji). Ale skoro mamy je zbadać, to w praktyce nic nie zostało udowodnione, a cały wywód to tylko "wariacja na temat". Zresztą, Autor sam potwierdza, że to tylko "interpretacja psychoanalityczna", taka nieszkodliwa, jedna z wielu... Inaczej mówiąc, mimo zagadania tematu, nic nie dowiedzieliśmy się nowego poza tym, że sprawę trzeba zbadać. (Polecam artykuł o wychowaniu dzieci).

Stosując tego typu argumentację, bez trudu udowodnimy np. wpływ rodzaju kubka, z którego dzieci piły mleko, na ostrość rzekomej halucynacji.

Naturalistyczna psychoanaliza próbuje swoimi metodami wyjaśnić różne zjawiska. Wszystko chce uzasadnić na sposób pozornie racjonalny i nawet dla zjawisk nadprzyrodzonych żąda empirycznego dowodu. Ale jak mawiał Sir Eddington: "Kto utrzymuje że wszystko musi mieć fizyczne uzasadnienie, utrzymuje jednocześnie, że poglądy mistyczne to nonsens - można by go zapytać: Jakież jest więc fizyczne uzasadnienie nonsensu?"

No jakie?

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Polska smuta

Długo zastanawiałem się, co napisać sensownego po tragedii smoleńskiej?
Wszyscy coś piszą. Mają jakieś zdanie. A tu pustka.  

Pustka nie dotyczy żałosnych mediów, które nagle zmieniły front (i pewnie jeszcze go zmienią); czy przepychanek politycznych.
Pustka dotyczy tego przedziwnego zbiegu okoliczności, że znowu... Katyń. 

"Coś naprawdę ponadnaturalnego zdaje się wyznaczać los narodu polskiego" - napisała "La Repubblica".

Gdy człowiek uświadomi sobie, że należy do tego Narodu, to -
i dumnie mu,
i smutno.












.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Nie tylko idee mają konsekwencje

Richard Weaver w znanej książce pt. “Idee mają konsekwencje”, zwrócił uwagę, że wszelkie zmiany w życiu społecznym mają źródło w błędach intelektualnych popełnionych przez myślicieli. Słowem - najpierw w ludzkich umysłach rodzą się koncepcje poznania, antropologii czy kwestii etycznych, a  dopiero w ich następstwie przychodzą zmiany w obyczajach i rewolucje społeczne.

W sumie trudno się z tym nie zgodzić. Przyjmuje się zatem, że przyczyną współczesnego bałaganu zwanego “społeczeństwem postmodernistycznym” czy bardziej dosadnie - “demoliberalizmem” (jak go zwał tak go zwał) jest średniowieczny nominalizm w filozofii i idee oświeceniowe. Czy jednak oprócz intelektualnych korzeni rewolucji nie działa tu także pewien dodatkowy mechanizm je napędzający?

Weźmy dla przykładu feminizm. Gdyby literalnie trzymać się głównej tezy Weavera, to ideologia ta musiałby najpierw powstać w umysłach ideologów(-żek), a dopiero później objawić się w praktyce. Można jednakże śmiało postawić tezę, że feminizm pojawił się pierwotnie w postawach i zachowaniach niektórych kobiet, a dopiero później został opisany jako ideologia.  U jego źródła nie leżała więc jakaś wysublimowana, intelektualna koncepcja, lecz zwykła ludzka słabość, którą w języku etyki klasycznej i teologii moralnej określa się mianem próżności i lenistwa.

Podobnie z innymi rewolucjami socjalistycznymi. Ot, chłop czy robotnik zazdrościł panu czy przedsiębiorcy, że jest bogatszy i, że nie musi jak on ciężki pracować. Jeśli na dodatek nierozumny pan czy przedsiębiorca drażnił go, traktował “z buta”, wykorzystywał, bo był zwyczajnie chciwy i  próżny (nie mówię że każdy, ale bywało i tak), to tym samym wywoływał niezadowolenie i przygotowywał podkład pod przyszłą rewolucję. Kwestią czasu było pojawienie się jakiegoś Marksa, który w formie ideologii wykorzystał to niezadowolenie.

Jak widać, u podstaw rewolucji leży zwykła słabość, wada, by nie rzec wprost – zaniedbanie wychowawcze. One stanowią glebą, na której ideolodzy budują swoje koncepcje. Żeby wszystko wyglądało bardzo mądrze biorą na przykład coś z Platona, doprawiają Rousseau, Kantem czy jakimś współczesnym postmodernistą. Dodatkowo tworzą hermetyczne, niezrozumiałe dla przeciętnego człowieka słownictwo - i gotowe. Później już tylko wystarczy skutecznie lansować daną ideę, dążąc do krwawej rewolucji, albo miękko – jak to się ostatnio odbywa - wchodzą w społeczeństwo “demokratycznie”, ustanawiając prawa sankcjonujące daną ideologię.

Wracając do Weavera. Jak to w końcu jest, czyżby amerykański myśliciel się mylił? Czy u źródeł przemian społecznych leży ludzka słabości, a nie błąd intelektualny? Wydaje się, że w praktyce jedno z drugim się przeplata i czasami trudno dociec, co było pierwsze. Z jednej strony “idee rzeczywiście mają konsekwencje”, tzn. Kant stworzył Hegla, Hegel - Marksa, a Marks - Stalina. Z drugiej – poglądy przynajmniej niektórych filozofów mogą wiązać się z ich duchowymi ułomnościami, wtedy w stworzonych przez siebie systemach myślowych podświadomie usprawiedliwiają własne słabostki. Najbardziej jest to widoczne w przypadku rewolucjonistów społecznych. Jeśli ktoś na przykład nawołuje do “wyzwolenia seksualnego”, to trudno spodziewać się, żeby w prywatnym życiu był ascetą.

 Nie znaczy to, że nie ma mędrców niezależnych, których myśleniem nie kieruje “historia ich serca”, jak mawiał Fichte. Filozof opisujący świat realny nie zajmuje się wymyślonymi ideami. (patrz: Filozoficzna Szkoła Lubelska o. prof. M.A. Krąpca). W ten sposób oddala od siebie niebezpieczeństwo manipulacji “myślą” i wykorzystywania jej do celów politycznych. Równocześnie minimalizuje niebezpieczeństwo popełnienia błędu stricte filozoficznego, który mógłby sprowadzić nieszczęście na ludzkość. Zajmując się bowiem światem realnym, nie tworzy górnolotnych fikcji, lecz wszędzie poszukuje prawdy i dobra.

Błąd intelektualny leży zatem u podstaw niektórych systemów filozoficznych i przynosi ze sobą określone konsekwencje (mam na myśli np. kantyzm). Ale u podstaw  rewolucyjnych ideologii społecznych zawsze leży ludzka słabość. Stąd płynie wniosek, że z ideologiami należy walczyć nie tylko na poziomie intelektualnych argumentów. Zawsze należy pamiętać, że często są one jedynie pochodną indywidualnych słabości ludzkich. Dlatego najlepszym rozwiązaniem problemu rewolucji społecznych jest większe skoncentrowanie się na wychowywaniu człowieka i powrót do pedagogii klasycznej, formującej cnoty i charakter. W wyniku tych działań rewolucja sama ustąpi.

Jak choroba po zaaplikowaniu odpowiedniej dawki leku.

poniedziałek, 29 marca 2010

YouTube i komunistyczne marzenie

Gdy byłem dzieckiem pani w szkole mówiła, że w końcowej fazie komunizmu będzie można pójść do sklepu po rower i zabrać go za darmo. Nie będzie to żadna kradzież, ale ot - wszystko stanie się ogólnodostępne. Przyznam, że wtedy ta idea bardzo mi się spodobała. Może dlatego, iż nie miałem dobrego roweru (trochę lepszy dostałem dopiero na Pierwszą Komunię). 

Gdy upadł komunizm bajdurzenia o darmowych sklepach odeszły do lamusa. Lecz ostatnio, słuchając i oglądając na YouTube starych piosenek, uświadomiłem sobie, że komunistyczne ideały właśnie się ziściły! Przecież tych utworów można słuchać właściwie za darmo. Nie muszę za nic płacić, ba, nawet nie muszę iść do sklepu.  Oczywiście, nie tylko ta strona internetowa daje takie możliwości. Prawie wszystko co oferuje internet w zasadzie jest bezpłatne - taka jest jego idea.

Jak to się stało, że w kapitalizmie nagle pojawia się taki komunistyczny relikt myślowy i, co więcej, nikt go nie zauważa? Wręcz przeciwnie - wydaje się być taki naturalny i dla wszystkich oczywisty.

Konkluzja jaka się w związku z tym nasuwa brzmi: między liberalizmem a komunizmem nie ma aż tak wielkich różnic, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Chcącym zgłębić ten temat poleacam wydaną kilka lat temu książkę prof. Henryka Kieresia (nie Kieresa!) pt. "Trzy socjalizmy", gdzie Autor w sposób przejrzysty wykłada, na czym polegają i skąd biorą się związki pomiędzy tymi ideologiami.

Powie ktoś: to przesada, gdzie YouTube do rozdawaczy rowerów? Poza tym oni nie robią tego do końca za darmo, bo przecież czeszą kasę za reklamy...

Niby tak, ale główna idea jest ta sama. I właśnie ta główna idea mnie zafrapowała.


   

sobota, 13 marca 2010

Prawie anarchia, czyli solniczka na stole

Po papierosach i tłuszczach przyszedł czas na sól. W Nowym Jorku zgłoszono właśnie projekt zakazujący stosowania soli przez kucharzy w restauracjach. News takiej treści pojawił się w serwisach internetowych. "Nowy Dziennik" pisze:

"W zgłoszonym w środę projekcie ustawy poseł stanowy reprezentujący Brooklyn chce wprowadzić zakaz używania soli w kuchniach restauracji w całym stanie.

Za posoloną potrawę demokrata z Brooklynu Felix Ortiz chce słono ukarać właściciela restauracji grzywną 1000 dol."

Motywacją do zgłoszenia projektu jest troska o zdrowie kilientów. W książce Dobry "zły" liberalizm St. Michalkiewicz zauważa, iż postulaty eutanazji nasilają się w krajach, w których system ubezpieczeń zdrowotnych jest słaby. I choć w tym przypadku nie chodzi o eutanazję, to nie ulega wątpliwości, że za troską o zdrowie obywateli kryje się motyw finansowy. Radny z Broklynu twierdzi wprost, że jego zapis pozwoli zaoszczędzić miliardy dolarów. Czyżby system ubepieczeń w USA stał na krawędzi bankructwa?

Gwoli sprawiedliwości trzeba stwierdzić, że Ortiz pozostawia klientom restauracji pewną przestrzeń wolności. Otóż, klient sam będzie mógł sobie posolić. Zakaz otrzymał tylko kucharz.

Dlatego przedwczesne są okrzyki przestrzegające przed zbliżającym się kolejnym, lewicowym totalitaryzm. Lewica ze swej istoty ceni wolność, stąd ten anarchistyczny rys w projekcie (tzn. solniczka na stole).

poniedziałek, 8 marca 2010

Pomysł na feministyczne opowiadanie

Bohaterką jest feministyczna bojowniczka o "reproduktywne prawa kobiet". Jej życie to "manify", pikiety, udział w  zebraniach, komitetach i podkomisjach. Mieszka z matką, dawną działaczką komunistyczną, która w młodości - tak  jak córeczka - była również "wyzwolona". Zabiła trójkę swoich dzieci.  Córeczka też zostałaby "usunięta", lecz mamuśka długo wahała się. W końcu rzuciła monetą i wyszło, że ma urodzić. Tak też zrobiła.  

Gdy 8 marca 20..... r. córeczka-feministka wróciła z "manify" wywiązała się rozmowa między dwiema kobietami.  W pewnym momencie matka w przypływie szczerości wyznała córce w jaki sposób ocalała. 

Ta początkowo odpowiada sloganem: "-Miałaś do tego prawo, mogłaś robić to, co uważałaś za słuszne". Jednak później uświadamia sobie, że śmierć przeszła obok niej,  że urodziła się przez przypadek. Przyżywa to bardzo głęboko, można by rzec, ta prawda przenika jej jestestwo i zmusza do działania.

Dalej opowiadanie może rozwijać się trójwariantowo. Pierwszy wariant: dziewczyna wpada w depresję - połyka prochy, odkręca gaz itp. Drugi wariant: przechodzi przemianę duchową - traci wiarę w feminizm i w kobiece prawa do zabijania dzieci; staje się żarliwą działaczką Pro life

Jest jeszcze trzeci wariant. Nasza feministka pod wpływem  tych zdarzeń oraz swoich radykalnych poglądów dostaje "pomieszania zmysłów". Dochodzi do wniosku, że skoro jej matka próbowała zabić - ją, działaczkę feministyczną, to prawdopodobnie uczestniczy ona w zakrojonym na szeroką skalę spisku prawicowo-seksistowskim.

W wyniku obłędu zostaje zamknięta w psychiatryku. Lekarzy w sposób szczególny interesuje jej przypadek. Specjalną aparaturą skanują  mózg kobiety i odkrywają miejsce, które jest ogniskiem poglądów antypatriarchalnych. W ramach prekursorskiej operacji wycinają je i nasza działaczka raz na zawsze zostaje uwolniona od skłonności do wyznawania poglądów feministycznych.

Wszystko zatem kończy się dobrze. Kobiecina żyje długo i szczęśliwie, zmywając gary w kuchni.

PS. Jeśli nikt jeszcze czegoś podobnego nie napisał (nie jestem na bieżąco z polityczną fikcją literacką), to zachęcam do skorzystania z pomysłu i jego twórczego rozwinięcia. A dla odzyskania równowagi polecam książkę Ingrid Trobisch pt. "Być kobietą"
  

piątek, 5 marca 2010

Oszołomienie

Francuski socjolog Roger Caillois dokonał kiedyś klasyfikacji gier i zabaw. W podziale tym wymienił zabawy charakteryzujące się naśladownictwem (np. dziecięce w sklep, strażaków itp.), w których dominuje czynnik losowy (loterie, kości), współzawodnictwo (gry sportowe) oraz oparte na ... oszołomieniu. I chociaż autorowi książki Gry i ludzie chodziło o zabawy w rodzaju wirowania na karuzeli, skakania na trapezie, jaździe na nartach, to wydaje się, że jest ich znacznie więcej.

W oszołomienie wprowadza dziś ludzi głównie telewizja. Kawalkada kolorowych obrazków, która przewala się przed oczami widzów, teledyskowy sposób postrzegania świata, prowadzi do swoistej hipnozy umysłu. Ludzie popadają w swoisty amok oglądając te wszystkie „Tańce z gwiazdami” i tym podobne. Telewizja wciąga, jak narkotyk, w efekcie trudno im się od niej oderwać. Nawet, gdy zajmują się w domu czymś innym, czują się bezpieczniej, gdy telewizor jest włączony. Spełnia on zadanie kominka, od którego ma płynąć ogrzewające dom ciepło.

Inny rodzaj współczesnego oszołomienia powodują centra handlowe czy hipermarkety. Sterylna czystość, nieskończone ilości tłumów, atmosfera tzw. „wielkiego świata”, wielość kolorowych towarów - po prostu oszałamia. Nie bez znaczenia jest również fakt, że centra handlowe przemieniają się powoli w parki rozrywki (występy zespołów rockowych, tancerzy, miejsca zabaw dla dzieci). To wszystko sprawia, że ludzie zachowują się nieracjonalnie. Wypełniają kosze niepotrzebnymi rzeczami. 

Wyjścia do hipermarketów przypominają dawne polowania na zwierzynę. Łączy je interesowność z zabawą. Na królewskie łowy wyruszano przecież także w celach na poły rozrywkowych. Coś podobnego mamy tutaj: rozrywka oparta na oszołomieniu łączona jest z polowaniem na tanie produkty. Zdobycze wykłada się później na stole i przegląda, niczym ustrzeloną zwierzynę.

Tak lud trwa w oszołomieniu, świat mu wiruje przed oczami, a biznes się kręci. 

poniedziałek, 1 marca 2010

Mechanizm rozbijania Kościoła

Liberalna   prasa  znęca się nad Kościołem  wyciągając przypadki  homoseksualnych czy pedofilskich zachowań księży. Ostatnio znowu głośno jest o aferze w jezuickiej szkole w Niemczech. Nie wnikając w kontekst i przyczyny pojawienia się tej afery, warto przedstawić jeden z mechanizmów tworzenia się podobnych skandali. Najlepiej zobrazuje go sprawa abp Remberta Weaklanda z Milwaukee w USA.

Arcybiskup przyznał się w ubiegłym roku oficjalnie, że "jest gejem" i "miał wielu partnerów". Zresztą diecezja musiała zapłacić ogromne odszkodowanie jednemu z "tych partnerów". Co więcej, abp Weakland przymykał oko na podobne nadużycia wśród duchownych swojej diecezji. Stosował taktykę przenoszenia oskarżanych księży z parafii do parafii. Znając jego skłonności, na taki proceder nie należy patrzeć już jak na próbę uchronienia wiernych przed zgorszeniem, lecz jak na działania dywersyjne wewnątrz Kościoła.   

Pod koniec lat 40. ubiegłego wieku młody zakonnik Rembert Weakland przyjechał do Rzymu na studia teologiczne. W Europie odbył również studia z muzyki. W tym okresie dobrze poznał język włoski, dzięki czemu, wkradł się w łaski arcybiskupa Mediolanu Giovanni Battisty Montiniego. Później w trakcie Soboru, Montini, teraz już papież Paweł VI, powołał Weaklanda na konsultanta do komisji wykonującej postanowienia Konstytucji  liturgicznej uchwalonej na Soborze.  Jak twierdzi Randy Engel, był on też jednym z głównych architektów tejże Konstytucji (Sacrosanctum Concilium,1963).  

I tak oto Weakland, pełniąc przez dziesięciolecia odpowiedzialne funkcje, od środka, zgodnie z taktyką modernistyczną, "odnawia" Kościół na różnych frontach: wprowadza nowinki liturgiczne, muzykę protestancką czy podejmuje inicjatywy, które miały w swej istocie  rozmiękczać katolickie stanowisko w sprawie aborcji czy homoseksualizmu.

Można zadać pytanie: czy w podobnych przypadkach, o takich osobach można jeszcze mówić  per "ludzie Kościoła", czy raczej należy mówić o "piątej kolumnie", działającej w ramach kościelnych struktur? Trudno sądzić ludzkie sumienia, ale artykuł  Matta Abbotta, z którego m.in. czerpałem informacje do tego wpisu, nosi tytuł Weakland's demons. I chyba coś jest na rzeczy.   

poniedziałek, 22 lutego 2010

Dwie metody

Kilka tygodni temu oglądałem film dokumentalny o ks. Jerzym Popiełuszce. Jego współpracownicy wspominali, jak naciskali, żeby w kazaniach wprost napiętnował przywódców komunistycznych. Przy okazji zarzucali Mu, że się boi. Wtedy ks. Jerzy zapytał ich kolejno, czy rzeczywiście tak myślą? Zebrani potwierdzili. On schował twarz w dłoniach i powiedział: “Jak wy nic nie rozumiecie. Przecież ja nie walczę z ludźmi, ale ze złem” (cytuję z pamięci).

Przypomniał mi się ten fragment po obejrzeniu filmu dokumentalnego o Zbigniewie Lubienieckim. Potomek arystokratycznego rodu miał zdecydowanie inny pomysł na walkę z komunistami. W filmie opowiada o prywatnej zemście na sowietach. Prześladowany wraz z całą rodziną poprzysiągł sobie, że nie spocznie, aż zabije stu prześladowców. Z tego co twierdzi ślubowania dotrzymał. Pierwsze efekty miał już jako dziecko. A to skierował sowieckie czołgi na bagna, a to bronią ręcznej roboty odstrzeliwał pojedyńczo sołdatów lub w inny sposób doprowadzał do ich zgładzenia. 

W porównaniu z drogą wybraną przez ks. Jerzego Popiełuszkę, taka postawa może odruchowo budzić opór.  Można oczywiście dyskutować czy wszystkie działania bohatera wspomnianego filmu są moralnie usprawiedliwione. Ale z drugiej strony - etyka żołnierska dopuszcza (a nawet nakazuje) działania obronne i walkę z okupantem.

Droga żołnierza jest inna, niż droga kapłana. Obaj mają też inne cele. Ks. Jerzy walczył ze złem, a żołnierze walczą o wolność narodu. Dlatego i metody tej walki muszą być różne.


poniedziałek, 15 lutego 2010

Wiara młodych Amerykanów

Organizacja  Rycerze  Kolumba opublikowała wyniki sondażu na temat wiary młodych Amerykanów. Badania objęły osoby w przedziale wiekowym 18-29 lat. Ciekawsze wyniki sondażu podaję za Elizabeth Hansen z portalu Headline Bistro:

• ponad trzy czwarte młodych ludzi twierdzi, że wierzy w Boga;

• jedna trzecia uczestniczy w praktykach religijnych przynajmniej raz w miesiącu;

• 64% uważa, że moralność jest względna i że nie można określić jedno dobro i zło dla wszystkich;

• jednak pomimo tendencji do preferowania moralnej względności 58% respondentów twierdzi, że praktyka tzw. aborcji jest moralnie zła, a 20% uważa ją za dopuszczalną; w sprawie eutanazj, podział wynosi odpowiednio - 52% do 23%;

• większość przedstawicieli młodego pokolenia pragnie poszerzenia swojej wiedzy na tematy religijne;

Komentatorzy podkreślają, że wyniki te są raczej optymistyczne. Młodzi Amerykanie są bardziej religijni, niż ich rodzice dorastający w atmosferze kontestacji przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia.

Zastanawia fakt, że demoliberalne media pomimo potężnej siły rażenia nie są w stanie zniszczyć wiary w młodym pokoleniu. Choć dosyć powszechny relatywizm moralny w tym przedziale wiekowym jest z pewnością odbiciem ich wpływu.

Z drugiej strony bliskie katolickiemu podejście młodzieży w takich kwestiach jak: zabójstwa nienarodzonych czy dobijania chorych, dowodzi, że Kościół potrafi się przebić ze swoim przesłaniem przez medialną propagandę moralnego kiczu.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Odrzucenie przez system

Gdzie nie spojrzeć ktoś realizuje dziś programy europejskie i czerpie środki z ich funduszy. Bogacą się firmy i instytucje. Ale nie wszyscy. 

Wspomniane programy są bowiem mocno zideologizowane. Przynajmniej te, które związane są z działką, którą na co dzień się zajmuję, tzn. edukacją. Nastawione są one bowiem na różne równości, "programy bolońskie", gendery itd. Przebicie się z projektami, które nie posługują się lewacką nowomową,  jest w praktyce niemożliwe, chyba że się człowiek... sprzeda. 

Unia nie dofinansuje mi programów na temat kształcenia charakteru,  upowszechniania sztuk wyzwolonych, czyli szeroko pojętej edukacji klasycznej. System wspierania finansowego jest tak skonstruowany, że promuje projekty postępowo-wolnościowe, skutecznie wyrzucając z obiegu  ludzi i instytucje o konserwatywnym światopoglądzie. Cóż, trzeba sobie szukać prawicowych sponsorów. Tylko gdzie oni są?

Taka sytuacja w dłuższej perspektywie może mieć fatalne konsekwencje dla prawicy, która w przyszłości będzie miała jeszcze mniejszy wpływ na kulturę i media, niż obecnie.  

czwartek, 28 stycznia 2010

Globalne rozpieszczenie

Ostatnio sporo dyskutuje się o zimie. Trochę popadało, trochę pomroziło i od razu słychać wokół wielkie narzekanie, jakby aktualna zima była jakimś nadzwyczajnym wydarzeniem w dziejach ludzkości. Ludzie dziwią się, że pada śnieg i mrozi, jakby słońce miało grzać i trawa się zielenić.

Ta ekscytacja białym puchem jest zabawna i nudna zarazem. Bez wnikliwszych analiz pogodowych pamiętam równie ostre zimy, które miały miejsce w okresie kilkunastu lat wstecz (gdy trzyma się samochód na powietrzu łatwo się takie rzeczy zapamiętuje). Nie mówiąc już o zimach z dzieciństwa. Słowem - zima jak zima, czym tu się ekscytować? I mróz o tej porze roku jest normą, i zasypane drogi też.

Owa nadrważliwość jest w dużym stopniu wynikiem medialnych nagonek. Robienie sensacji z byle czego służy przecież oglądalności i klikalności; dlatego ludzi się odpowiednio nakręca. Ale jest i druga strona medalu. Współczesny człowiek jest jakby delikatniejszy, bardziej wymagający i równocześnie słabszy psychicznie. Byle czym go  można wystraszyć:  zimą  - zimnem, latem - gorącem itp. A gdy dodatkowo napatoczy się świńska czy ptasia grypa i w mediach non stop o niej trajkoczą, to w jego oczach momentalnie pojawia się paniczny strach.

Skąd bierze się ten lęk i przewrażliwienie? Z przyzwyczaienia do wygody i ciepełka. Jeśli coś zakłóca  ciepełko, to od razu  lud wykazuje tendencje do reakcji  zbyt emocjonalnych, wręcz panikarskich. Mamy do czynienia z czymś w rodzaju globalnego rozpieszczenia. Dlatego trzeba się powoli przyzwyczajać do tego ciągłego lamentu. 

poniedziałek, 25 stycznia 2010

O zakazie palenia

W dyskusjach o wprowadzenie zakazu palenia w miejscach publicznych, akcentuje się zazwyczaj ekonomiczny, polityczny i zdrowotny wymiar sporu. W kontekście ekonomicznym po jednej stronie znajdują  się producenci papierosów, po drugiej - ubezpieczyciele. Ci pierwsi zazwyczaj odwołują się w swej propagandzie do wolności człowieka, ci drudzy – troszczą się o nasze zdrowie. Ale, tak naprawdę, i jednym i drugim chodzi o kasę.

Drugi wymiar sporu jest czysto polityczny. Prawica, będąc z reguły przeciwna wtrącaniu się państwa w prywatne sprawy opowiada się przeciw zakazom. Zakaz palenia jest dla niej jeszcze jednym przejawem budowania „nowego, wspaniałego, świata”. Ideologiczna lewica, która tworzy ten świat, krok po kroku wprowadza w życie swój kanon moralny. A w nim, obok różnych “tolerancji”, jest też zapis na papierosy. Wystarczy popatrzeć pod tym względem na rządzoną przez lewicę Europę.

Jednocześnie zdarza się, że lewicowi dziennikarze czy działacze są przeciwni zakazowi. Jak się wydaje, wynika to z ich osobistych słabości. Dostojewski kpił z rewolucjonistów, którzy za papierosa w więzieniu oddaliby wszystko. Jeśli nie potrafią zmienić siebie, to niby dlaczego miałaby im się udać zmiana świata? Ci niekonsekwentni lewicowcy są jakby kontynuatorami tamtej tradycji.

Właśnie pomijany w tych sporach wymiar psychiczny jest w moim przekonaniu bardzo istotny. Zazwyczaj zwolennicy zakazu palenia akcentują aspekt zdrowotny, ale przecież nie można lekceważyć wolności wewnętrznej i silnego charakteru, który papierosy osłabiają (bo każdy nałóg osłabia wolę).

Nie oznacza to oczywiście, że należy prawnie zakazywać palenia gdzie się da (zdrowy rozsądek zawsze się przydaje). Niemniej w sferze propagandowo-edukacyjnej jestem za zwalczaniem nikotynizmu. I niekoniecznie tylko dlatego, że szkodzi zdrowiu, ale przede wszystkim z uwagi na fakt, że ogranicza wewnętrzną wolność człowieka.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Ekologom pod rozwagę

Mroźna zima sprawia, że kominy elektrociepłowni i kotłowni pracują pełną parą. Zwiększa się emisja zanieczyszczeń, co z kolei grozi ociepleniem klimatu. Co prawda, klimat już się ociepla, ale obecny rok (a i ubiegły pewnie też) to tylko przerwa w globalnym procesie ocieplenia (tak przynajmniej tłumaczą w telewizorze). Jedyny słuszny wniosek jaki się nasuwa, to ten, że należałoby ograniczyć ogrzewanie mieszkań, aby spowolnić rzekome zmiany klimatyczne.

Bardziej zdeterminowani w bitwie o klimat powinni stosować liście zamiast papieru toaletowego. Papier (nawet przetworzony) to jednak papier; a jak papier, to drzewa; a jak drzewa to te w Puszczy Amazońskiej, które przecież musimy chronić.

Ale największy ekologiczny odlot o jakim czytałem (przed laty), to apel  nawiedzonej ekolożki o podniesienie cen oleju napędowego. Powód: rolnicy ranią „Matkę Ziemię”, orając pola pługami. “Matka” co prawda nie krwawi, ale pewnie ją boli - jakby kto nożem przejechał. Dzisiaj, gdy za olej trzeba płacić powyżej 4 zł, „Matce Ziemi” chyba będzie lżej.

A gdy mimo wszystko ktoś nie chce się pogodzić z tym okrutnym dla Ziemi światem, może uciec od cywilizacji. Pewien amerykański bloger pisze, że jego znajomy mieszka w lesie w stanie Missouri. Facet zaszył się w głuszy, bo jest przeciw „głupocie ludzkiej”. Motywacja całkiem całkiem, a i jakoś sobie człowiek radzi, żywiąc się (jak mniemam) korzonkami i innymi roślinkami. Jednak dwóch spraw ów samotnik nie przeskoczy - musi chodzić do miasta po tytoń do fajki i ... karmę dla psa. Wiadomo - ziół pies nie trawi, a że ekologiczny, to „zajca” nie ubije.

I teraz wniosek dla ekologów: cywilizacja czasami się przydaje, zwłaszcza gdy trzeba nakarmić psa. A kogo, jak kogo, ale czworonożnych braci przecież zieloni muszą chronić w pierwszej kolejności.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Ranking prześladowców chrześcijan

Organizacja "Open Doors” opublikowała listę 50 państw, w których chrześcijanie prześladowani są najbardziej. Lista jest ustalana na podstawie specjalnych raportów sporządzanych przez przedstawicieli organizacji.

“Wygrała” Korea Północna, w której wyznawcy Chrystusa nie są traktowani jak ludzie, wykorzystywani np. do eksperymentów biologicznych. Następne miejsca zajęły: Iran, Arabia Saudyjska, Somalia, Malediwy, Afganistan, Jemen, Mauretania, Laos, Uzbekistan. Pozostałe przypadły krajom afrykańskim i azjatyckim, głównie z dominującym islamem.

W ostatnim czasie sytuacja chrześcijan pogorszyła się w takich krajach jak Mauretania (tortury, aresztowania), Wietnam (konfiskowane mienie kościelne, palone klasztory), a także Azerbejdżan, Turcja, Tadżykistan, Tunezja, Kirgistan. Nieco lepiej w porównaniu do poprzednich lat jest w Arabii Saudyjskiej (mimo wszystko), Algierii, Indiach, Kubie.

Rzuca się w oczy duża niechęć do chrześcijaństwa w krajach islamskich. W rankingu "awansują" kraje byłego Związku Sowieckiego. Oprócz wymienionych, na przykład Czeczenia zajmuje 19 miejsce na liście.

Jeszcze jedna ciekawa kwestia: na liście nie ma żadnego państwa europejskiego, ani samej Unii Europejskiej, choć ostatnia "akcja z krzyżami" (głośne orzeczenie Trybunału ze Strasburga) musi przecież dawać do myślenia. Jeśli progresja się utrzyma, za rok możemy oczekiwać debiutu na liście.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

„Katolicka hipokryzja”

Ulubioną zabawą różnej maści lewicowców jest nabijanie się i wypominanie katolikom hipokryzji. Słyszy się zewsząd, że: "katolicy co innego mówią, a co innego robią", że Polska, choć katolicka - jest pijana, że księża tacy, owacy, a politycy prawicowi tylko podwieszają się pod Kościół.

Oczywiście przypadki świadomej hipokryzji się zdarzają, ale kościelni krytycy idę dalej. Oni uznają katolicyzm za obłudny niemal z samej swej istoty. Oto "dowód": pomimo znajomości przykazań, katolicy co raz biegają do spowiedzi, czyli notorycznie łamią przykazania.

Takie podejście świadczy o niezrozumieniu natury życia chrześcijańskiego lub o zwyczajnej złośliwości (w praktyce najprawdopodobniej chodzi o jedno i drugie). Oczywiście, każdy katolik wyznaje pewien kodeks moralny, dzięki któremu w łączności z Chrystusem może osiągnąć zbawienie. Jednak droga do nieba wiąże się z ciągłym wzrastaniem. Upadki są niejako wpisane w ludzką naturę. Rzecz w tym, żeby z jednej strony powstawać i wciąż na nowo się uświęcać, z drugiej – nie traktować upadków, jako usprawiedliwienia dla swej grzeszności. .

Mentalność lewicowa stoi zaś na stanowisku, że chrześcijanin nie może upadać. Za jednym zamachem znosi sakrament spowiedzi i wymaga od niego doskonałości, zapominając, że uświęcenie jest procesem. Grzeszność nie jest zatem przejawem hipokryzji, ale zwyczajnej ludzkiej słabości: “chcę, ale mi nie wychodzi, bo jestem słaby”. Czy taką postawę można nazwać hipokryzją?

Za tą argumentacją czai się sprytny sofizmat. Co ma zrobić chrześcijanin, żeby nie został przezwany  obłudnikiem? I tu dochodzimy do puenty: najlepiej przestać chodzić do spowiedzi i (co się z tym wiąże) wystąpić z Kościoła; wtedy będzie “szczery i spontaniczny”.

Pytanie tylko: czy wówczas stanie się bardziej moralnym człowiekiem?