sobota, 11 lipca 2009

Społeczeństwo (pseudo)wiedzy

Jednym z zadań Strategii Lizbońskiej jest budowanie gospodarki „opartej na wiedzy”, Deklaracja Bolońska zakłada zaś tworzenie „Europy wiedzy”. Stosunkowo często w dokumentach sygnowanych przez instytucje Unii Europejskiej można znaleźć też wezwanie do kreowania „społeczeństwo wiedzy”. „Wiedza” to produkt marketingowy europejskich systemów edukacyjnych. Co jednak tak naprawdę skrywa się pod tym „magicznym” słowem?

Odnosi się wrażenie, że nie tyle chodzi o „wiedzę”, co raczej o znajomość „danych” mikro i makro ekonomicznych. Plan sprowadza się do nasycenia szkoły przedmiotami, które umożliwią zdobywanie i interpretację „danych”, związanych z funkcjonowaniem: rynku pracy, handlu, giełd, banków, systemu podatkowego itp.

Niewolnik koncernów

Znajomość „danych” może być nawet pożyteczna, szkodliwy jednakże jest materialistyczny redukcjonizm, który stanowi podstawę formułowania takich „priorytetów” w edukacji. W klasycznej myśli pedagogicznej w pierwszej kolejności kształtowano sprawności ogólne: moralne i intelektualne, dążąc do formowania charakteru. (Człowiek z charakterem dojdzie wszędzie i zdobędzie wszystko.) Do nauczania umiejętności zawodowych (bo o takie tu tak naprawdę chodzi) przystępowano zasadniczo w drugiej kolejności. Europejski obywatel zredukowany zaś do wymiaru „ekonomiczno-informatycznego”, to doskonały materiał na robotnika-niewolnika dla wielkich koncernów, a także wymarzony pochłaniacz reklam i propagandy politycznej. Braki w ogólnym wykształceniu umożliwiają dowolną manipulację przyszłym konsumentem i wyborcą.

Gwoli sprawiedliwości - współcześni decydenci zakładają w ramach „kompetencji kluczowych” istnienie czegoś co wzniośle nazywają „kulturą ogólną”. Ale w ich dokumentach spełnia ona jedynie rolę listka figowego. Wiedza filologiczno-historyczna, o ile już znajdzie akceptację decydentów zostaje ocenzurowana w duchu politycznej poprawności (por. np. raporty edukacyjne UNESCO). „Kultura ogólna”, tak rozumiana, sprowadza się do propagowania lewicowej wizji świata i dlatego nie ma nic wspólnego z „kulturą ogólną” w klasycznym znaczeniu.

Matematyzacja i „zarządzanie informacją”

Symptomy przeszczepiania ideologii „społeczeństwa wiedzy” na grunt polskiej oświaty dają się zauważyć od lat we wprowadzanych reformach. Ostatnio sygnałem obranego kierunku działań są głosy płynące z Ministerstwa Edukacji i Nauki, zapowiadające powrót matematyki na egzamin maturalny. Powrót ten ma służyć wsparciu „technologizacji” umysłów, a tym samym budowaniu „gospodarki wiedzy”. Takie pomysły niekoniecznie muszą być tylko skutkiem uległości wobec nacisków unijnych decydentów. Część polityków i teoretyków oświaty utożsamiająca się z prawicą jest szczerze przekonana o szczególnej roli matematyzacji w kształceniu nowych pokoleń. (Taki pogląd dominował np. w AWS-owskiej ekipie reformującej oświatę.) Wiązać to trzeba ze specyficznym skażeniem scjentyzmem, prowadzącym do przekonania, że tylko to co mierzalne i policzalne warte jest zachodu (nawet awans zawodowy nauczycieli zdominowało to co „mierzalne”, czyli kwity i zaświadczenia).

Kolejnym znakiem podążania szlakiem wyznaczonym przez unijnych technokratów jest swoiste zafiksowanie się na idei nauczania „zarządzania informacją”. Płynący zewsząd zalew informacji ma być argumentem za nie dolewaniem dodatkowych wiadomości z „serwisów szkolnych” do wzburzonego oceanu news’ów medialnych. W rezultacie dołącza się do kompetencji kluczowych „umiejętność uczenia się przez całe życie” i dąży do przekształcenia szkoły w „instytucję uczącą, jak się uczyć”, a nie - jak do tej pory - przekazującą określone wiadomości.

Sprytne sofizmaty

Nie sposób zaprzeczyć, że - obok „technologizacji umysłu” - matematyka uczy młodzież myśleć abstrakcyjnie. Jednak nauczana w oderwaniu od wiedzy - nazwijmy ją umownie - humanistycznej staje się wyjałowiona. „Myślenie abstrakcyjne” wyprzedzające realne poznanie kultury (poprzez religię, literaturę, historię itp.) mija się z celem. Bez realnego poznania i bez przyjęcia ściśle określonych kryteriów rozumowania, nie ma „sprawnego myślenia” (Na ten temat piszę szerzej w artykule pt.„Humanistyka czy nauki ścisłe? - spór o prymat w edukacji”, „Cywilizacja” nr 14/2005)

Z kolei idea nauczania „zarządzania informacją” oparta jest na sprytnie przemyconym sofizmacie. Do jednego worka wrzuca się przedmioty techniczno-ekonomiczne i humanistyczne. A przecież dzieła A. Mickiewicza czy H. Sienkiewicza nie podlegają „przeterminowaniu”. Wzorce płynące z klasycznej literatury i filozofii oraz - przede wszystkim - z religii pozostają w swojej podstawowej osnowie nienaruszone. Trudno w tym przypadku mówić o postępie i rozwoju w rozumieniu nauk empirycznych.

Znany teoretyk nauki o wychowaniu, austriacki profesor Wolfgang Brezinka, mając na uwadze argument o rzekomym dezaktualizowaniu się wiedzy poprzez intensywny „rozwoju nauk”, zauważa: „Jest to niebezpieczna przesada wykorzystywana po to, aby pomniejszyć wartość samego posiadania wiedzy i przekonywać, że ważniejsze są techniki jej zdobywania. Jest to środek używany z wyrafinowaniem, aby odwodzić od wiarygodnych tradycji, wzbudzać lęk przed zacofaniem i stwarzać klimat ciągłego podniecenia intelektualnego, w którym wszystko nowe uważane jest (bez żadnego rozróżnienia) za coś lepszego niż stare”. (Wychowanie i pedagogika w dobie przemian kulturowych”, Kraków 2005, przekł. ks. Jerzy Kochanowicz SJ, s. 113-114)

Teza, że koncentracja na technikach zdobywania wiadomości jest tylko środkiem do osiągnięcia określonych celów ideowych - i to środkiem „używanym z wyrafinowaniem”- wydaje się wielce prawdopodobna. Bezpośrednim skutkiem oparcia szkoły na technice „zarządzania informacją” jest odcięcie od tradycyjnej kultury europejskiej i jej kanonów cywilizacyjnych. Jeśli młody człowiek nie dowie się w ławie szkolnej czym jest Prawda, Dobro i Piękno, ale będzie zmuszony - zgodnie z postmodernistyczną modą - poszukiwać ich po omacku w „sieci” i innych mediach, to efekt tych poszukiwań z góry będzie przesądzony. Nie pomoże mu ani „sprawne myślenie” matematyczne, ani sprawne „zarządzanie informacją”. Jedynym wymiernym efektem takich działań będzie umożliwienie „tłoczenia” propagandy socliberalnej do młodych głów za pośrednictwem mediów i sprytnie rozgrywanej „neutralności światopoglądowej” w programach szkolnych.

* * *

Powyższe uwagi to na razie „dmuchanie na zimne”. Idea „społeczeństwa wiedzy” jest ideą przyszłości, do urzeczywistnienia której politycy dopiero zmierzają. Faktem jest, że obecnie w polskiej szkole technologizacja, matematyzacja czy „zarządzanie informacją” nie stoją na rewelacyjnym poziomie. Do realizacji ideałów zakładanych w unijnych dokumentach zatem jeszcze daleko. Ale czy ze znajomością polskiej literatury i historii jest lepiej? Pytanie oczywiście retoryczne. A przecież nikt nie wszczyna alarmu, jak w tym pierwszym przypadku.

W powyższym wywodzie nie chodzi o podważenie zasadności kształcenia użyteczno-zawodowego czy – tym bardziej – pomniejszenie znaczenia matematyki, która ma swoje trwałe miejsce w klasycznej koncepcji kształcenia ogólnego (patrz: qvadrivium). Nie ulega wątpliwości, że gospodarce narodowej niezbędne są kadry techniczne. Problem polega na odpowiednim rozłożeniu akcentów i jasnym wskazaniu priorytetów edukacyjnych. Czy celem ma być spłycenie zadań szkoły do zwykłego uzawodowienia i tym samym obniżenie ogólnej kultury duchowej narodu, czy też formacja ogólna, na podbudowie której dopiero będzie się wdrażać do właściwej profesji? Niestety, można odnieść wrażenie, że chodzi o to pierwsze. Po rozłożeniu szkoły przy pomocy rozszalałej ideologii praw ucznia (nie wspomnę już o wcześniejszym spustoszeniu komunistycznym), teraz usiłuje się wpuścić ją w nowy kanał – tym razem technologiczno-ekonomiczny.

2 komentarze:

zjw5 pisze...

Artykuł ukazał się na naszej stronie:
www.wsercupolska.org

Dariusz Zalewski pisze...

Dzięki za zauważenie. Choć akurat ten artykuł jest starszy. Zachęcam do przedruków, ale z czynnym linkiem do strony.