Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 listopada 2011

Wyśniony Kościół bezbożnika

Jednym z medialnych postulatów dotyczących Kościoła jest twierdzenie, że tzw. otwarcie na świat jest najskuteczniejszą formą ewanelizacji. "Otwarcie" ma sprzyjać pozyskiwaniu nowych wiernych.

Co zatem musi uczynić Kościół, żeby wiara rozszerzała się w Polsce? Jakie są warunki wstępne?

Po pierwsze

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Adamek i religia

Tomasz Adamek po ostatniej walce z Vinny Madallone, w każdym rogu ringu przeżegnał się. Później w wypowiedzi dla telewizji ze dwa razy użył sfromułowania: "gdy Bóg pozwoli". Notabene, piłkarzy za takie rzeczy już karają, bokserów - chyba się boją.

Zapewne "laicyzatorzy" powiedzą: "jak to tak, bokser, najpierw sprał kogoś, a teraz odwołuje się do Boga". O moralności boksu, oczywiście można dyskutować. Problem jest ciekawy i nie zamierzam na jego rozwiązanie się tutaj porywać. Nawet - o ile dobrze kojarzę - ktoś napisał pracę na ten temat.

Dodam tylko, że Adamek w ramach zasad bokserskich postępuje uczciwie. Wcześniej od sędziego zauważył, że sekundand Madallone poddał swojego podopiecznego. Podniósł więc rękę sygnalizując, że to już koniec walki. A mógł jeszcze ze dwa razy stuknąć przeciwnika. Nie zrobił tego. Zachował się racjonalnie i etycznie.

Mimo wszystko nie kwestie związane z moralnością boksu (cnoty kardynalne boksu???) są dla mnie w tym momencie najciekawsze.

Zadziwiająca jest spontaniczność w zachowaniu T. Adamka. On do Boga odwołuje się naturalnie. To nie jest sztuczne czy demonstracyjne. On taki po prostu jest. Wśród celebrytów i sportowców, to w końcu niezbyt częste zachowanie.
___________________

środa, 10 listopada 2010

Czy da się ochrzcić demokrację?

Pogląd o możliwości ochrzczenia demokracji jest w zasadzie powszechny. Ludzie naprawdę wierzą, że to najlepsza z możliwych organizacja życia społecznego, że człowiek nic lepszego nie wymyślił i takie tam. Mało kto pamięta przestrogi starożytnych filozofów, którzy twierdzili, iż rządy motłochu należą do tych najgorszych.

Wychodzi się z założenia, że jest to system „normalny” i nie jest on wrogi katolicyzmowi. Jeśli w ramach tego systemu pojawiają się jacyś wrogowie, to należy prowadzić z nimi spór, a w tym sporze wygrywa po prostu lepszy. Ludzie Kościoła muszą zatem robić swoje, tzn. pracować w szkołach (lekcje religii), w grupach wspólnotowych, nawracać skrawkiem posiadanych mediów, itd. Słowem – prowadzić ewangelizację w ramach demokracji.

Błąd tego myślenia polega na uznaniu tego systemu za neutralny światopoglądowo i dający “normalne” ramy dla życia społeczeństw. W rzeczywistości za panującymi dzisiaj typami demokracji stoją modele człowieka zbudowane na podstawowych błędach antropologicznych. Dlatego - nie rzecz w tym, że mamy jakąś skrzywioną demokrację po komunizmie, z agentami, którzy wszystko psują (co prawda, agentów też mamy), ale – powtórzmy – idzie o system, który jest tak skonstruowany, że wyrzuca z siebie, to, co budowane jest na fundamentach katolickich zasad.
 
Postępując w ramach demoliberalnych reguł  katolik skazany jest na porażkę: w kulturze, w mediach, wreszcie na polu gospodarczym. I wyjątki od tej zasady nie są tu żadnym argumentem.
______________

czwartek, 2 września 2010

Co w antykatolickiej propagandzie decyduje o sukcesie?

 Dzisiaj decydują czynniki intuicyjno-mentalne. Jeśli ktoś lub coś zostanie zaliczony do obciachu, wówczas system go automatycznie odrzuca. Dlatego walka na poziomie intelektualnym w doraźnej polityce zeszła trochę na drugi plan (choć oczywiście nie można jej lekceważyć).

Nikt nie chce być wyśmiewanym, dlatego łatwo przyjmuje narzucany mu antyobciachowy (lewicowy) sposób myślenia. Rządzące media za symbole obciachu obrały sobie: Kościół i prawice. Kościół jest trwałym elementem tej układanki, zmienia się uważana za najbardziej prokościelną w danym momencie partia. Dawniej był to ZchN, kilka lat temu LPR, aktualnie na scenie pozostał PiS. Gdy pojawi się inny formacja, automatycznie właśnie ona stanie się obciachowa. Cały myk polega na umiejętnym wyprodukowaniu obciachowości.

Jak ją zatem wyprodukować? Istnieją trzy najważniejsze czynniki, gwarantujące sukces. Po pierwsze - trzeba mieć przewagę w mediach, narzucać w nich ton, wedle którego śpiewa reszta. Po drugie – w tych mediach nieustannie pokazywać kto jest „nowoczesny”, „świeży”, postępowy”, a kto jest zacofany. Postępizm jest oczywiście czysto umowny i narzucany na siłę. (Por. M. Karwat, O Złośliwej dyskredytacji. Manipulowanie wizerunkiem przeciwnika).

Po trzecie – najważniejsze. Zwalczany “obiekt” nie może być karany, prześladowany fizycznie przez innych rewolucjonistów (przynajmniej w fazie początkowej); może być tylko wyśmiewany. Komuniści krytykowali obóz klerykalno-faszystowski i prześladowali go; zachowywali się w sposób nadęty i poważny. Czy widział ktoś kabarety wyśmiewające “Solidarność”? Wręcz przeciwnie – komuniści (niczym samobójcy) dopuszczali aluzyjne skecze (Laskowik, Smoleń), które wyśmiewały komunę.

Dzisiejszy “sukces” antykatolików bierze się właśnie stąd, że nie są oni do końca poważni, że działają przez wygłupy, ironię (taka trochę postmoderna). Ale zbyt długo tak nie wytrzymają. Zaraz zaczną na poważnie. Już się rwą do “oddzielania Kościoła od państwa”, “zdejmowania krzyży” itd. A wtedy czar ironii i kpiny zniknie, nadejdzie zwykła, znana z historii, faza prześladowań.

Można by rzec : wszystko powróci do normy.
A oni znowu przegrają.

Zawsze przegrywają.

środa, 28 kwietnia 2010

PSYCHOANALIZA A WIARA W OBJAWIENIA

W jednym z archiwalnych numerów czasopisma Nomos (nr 5/6) Michael P. Carroll przedstawia psychoanalityczną interpretację Objawień Maryjnych w La Salette i Lourdes. Jednak najpierw przyjmuje freudowskie wyjaśnienie przyczyn halucynacji, wedle którego stłumione popędy, stresy czy nieuświadomione pragnienia ujawniają się tak samo jak we śnie również i w postaci rzekomych „urojeń na jawie”. Następnie autor tropi te „stłumione pragnienia” u osób, które miały widzenia Matki Bożej.

I tak okazuje się, że Maksim - chłopiec który miał widzenie w La Salette - halucynował jedynie swoją niedobrą macochę, którą - zresztą - chciał zbić(!) za złe traktowanie. Z kolei głód jaki miał spaść na Francję, jeśli się nie nawróci - to jedynie wynik głodzenia Maksima przez macochę, chcącą wymusić na pasierbie poprawę w zachowaniu. Chłopiec przeniósł głodowe problemy w domu  na swą ojczyznę, a związane one były ze sposobem wychowania dziecka.

W Lourdes Bernadetta miała widzenia swojej przybranej matki; bogatej - jak na owe czasy - siostry ojca, a nie Matki Chrystusa. Gdy powróciła do swego biednego, rodzinnego domu po latach pobytu u wychowującej ją ciotki i zobaczyła jego nędzę, zapragnęła dalej żyć w dobrobycie; jej pragnienie luksusu sprawiło, że ujrzała w wizji kobietę, którą w rzeczywistości była jej przybrana matka.

Po pierwsze.

Jeśli nawet dopuszczamy istnienie psychoanalitycznych przyczyn i ich wpływu na postawę dzieci, zgodnie z interpretacją cytowanego autora, to czy równocześnie dowodzi to, że cudu objawienia nie było? Mogły przecie zaistnieć przyczyny, o których wspomina autor, ale nawet one nie są dowodem na fałszywość objawienia. Dlaczego?

Wywód Carroll'a jest analogiczny z koncepcjami głoszonymi przez Feuerbacha. Jak wiadomo, według niemieckiego filozofa, wiara w życie wiecznie jest wynikiem ludzkich pragnień egzystowania w lepszym świecie, bez cierpień i nieszczęść. Stąd wzięło się rzekomo  pragnienie życia po życiu.

Wyobraźmy sobie teraz kapryśne dziecko, które za wszelką cenę chce zjeść loda. Godzina jest jednak wczesna i jego ojciec, nazwijmy go Feuerbach II, z uporem powtarza, że lodziarnia jest zamknięta, dodając: - Twoje pragnienie zjedzenia loda, nie wpłynie na otwarcie sklepu. Dziecko zaś wykorzystując chwilę nieuwagi opiekuna wymyka się z domu, by naocznie przekonać się, czy lodziarnia jest jeszcze zamknięta. I oto okazuje się, że właściciel z niewiadomych przyczyn w tym dniu wcześniej otworzył lodziarnie. Naturalnie, pragnienie chłopca nie miało żadnego wpływu na jej otwarcie. Ot, została otworzona i tyle, bez żadnej psychoanalitycznej magii. Panu Feuerbachowi II pozostanie tylko rozdziawić gębuchnę i przeanalizować pisma Feuerbacha I, by udoskonalić swoją teorię.

Paralela - pomimo niedoskonałości takich przykładów - chyba jest jasna: objawienie mogło zajść niezależnie od stłumionych pragnień dzieci (gdyby nawet przyjąć interpretację autora). Słowem – powtórzmy to raz jeszcze - nawet istnienie pragnień i kompleksów, nie dowodzi nieistnienia życia nadprzyrodzonego!

Po drugie.

Jeśli prawdą jest co mówi Carroll, to również inne głodne dzieci powinny mieć wizje dobrodziejów lub tych osób, którzy ich skrzywdzili. Skoro zatem źle traktowane dzieciaki halucynują swoje matki lub inne bogate kobiety, to dlaczego kilku znanym mi osobom nie objawiła się Najświętsza Pani, która np. symbolizowała ich matkę? Co gorsze - w ogóle nie mieli żadnych halucynacji.

Spodziewana odpowiedź: - Nie każdy ma od razu widzenia, niektórzy odreagowują takie stany w marzeniach sennych, innym odkładają się w kompleksach, stresach itd.

Słowem - nie jest pewne dlaczego coś przechodzi w kompleksy, a nie w zwidy, bądź jeszcze w coś innego. Zazwyczaj mówi się wtedy o innych okolicznościach, bliżej nieznanych, które zaszły i wpłynęły na rodzaj reakcji na „stłumione pragnienie”.

Warto zwrócić uwagę, że „badanie” jest więc dopiero rozpoczęte i trzeba jeszcze przeanalizować te rozliczne „inne okoliczności”, mające rzekomy wpływ na sposób reakcji na spragnione pragnienie. Niewykluczone, że badając je odrzucimy wcześniejsze założenia, na których oparł się Carroll (czyli efekt halucynacji). Ale skoro mamy je zbadać, to w praktyce nic nie zostało udowodnione, a cały wywód to tylko "wariacja na temat". Zresztą, Autor sam potwierdza, że to tylko "interpretacja psychoanalityczna", taka nieszkodliwa, jedna z wielu... Inaczej mówiąc, mimo zagadania tematu, nic nie dowiedzieliśmy się nowego poza tym, że sprawę trzeba zbadać. (Polecam artykuł o wychowaniu dzieci).

Stosując tego typu argumentację, bez trudu udowodnimy np. wpływ rodzaju kubka, z którego dzieci piły mleko, na ostrość rzekomej halucynacji.

Naturalistyczna psychoanaliza próbuje swoimi metodami wyjaśnić różne zjawiska. Wszystko chce uzasadnić na sposób pozornie racjonalny i nawet dla zjawisk nadprzyrodzonych żąda empirycznego dowodu. Ale jak mawiał Sir Eddington: "Kto utrzymuje że wszystko musi mieć fizyczne uzasadnienie, utrzymuje jednocześnie, że poglądy mistyczne to nonsens - można by go zapytać: Jakież jest więc fizyczne uzasadnienie nonsensu?"

No jakie?

poniedziałek, 15 lutego 2010

Wiara młodych Amerykanów

Organizacja  Rycerze  Kolumba opublikowała wyniki sondażu na temat wiary młodych Amerykanów. Badania objęły osoby w przedziale wiekowym 18-29 lat. Ciekawsze wyniki sondażu podaję za Elizabeth Hansen z portalu Headline Bistro:

• ponad trzy czwarte młodych ludzi twierdzi, że wierzy w Boga;

• jedna trzecia uczestniczy w praktykach religijnych przynajmniej raz w miesiącu;

• 64% uważa, że moralność jest względna i że nie można określić jedno dobro i zło dla wszystkich;

• jednak pomimo tendencji do preferowania moralnej względności 58% respondentów twierdzi, że praktyka tzw. aborcji jest moralnie zła, a 20% uważa ją za dopuszczalną; w sprawie eutanazj, podział wynosi odpowiednio - 52% do 23%;

• większość przedstawicieli młodego pokolenia pragnie poszerzenia swojej wiedzy na tematy religijne;

Komentatorzy podkreślają, że wyniki te są raczej optymistyczne. Młodzi Amerykanie są bardziej religijni, niż ich rodzice dorastający w atmosferze kontestacji przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia.

Zastanawia fakt, że demoliberalne media pomimo potężnej siły rażenia nie są w stanie zniszczyć wiary w młodym pokoleniu. Choć dosyć powszechny relatywizm moralny w tym przedziale wiekowym jest z pewnością odbiciem ich wpływu.

Z drugiej strony bliskie katolickiemu podejście młodzieży w takich kwestiach jak: zabójstwa nienarodzonych czy dobijania chorych, dowodzi, że Kościół potrafi się przebić ze swoim przesłaniem przez medialną propagandę moralnego kiczu.
Polecam: wartościowe książki dla dzieci

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Ranking prześladowców chrześcijan

Organizacja "Open Doors” opublikowała listę 50 państw, w których chrześcijanie prześladowani są najbardziej. Lista jest ustalana na podstawie specjalnych raportów sporządzanych przez przedstawicieli organizacji.

“Wygrała” Korea Północna, w której wyznawcy Chrystusa nie są traktowani jak ludzie, wykorzystywani np. do eksperymentów biologicznych. Następne miejsca zajęły: Iran, Arabia Saudyjska, Somalia, Malediwy, Afganistan, Jemen, Mauretania, Laos, Uzbekistan. Pozostałe przypadły krajom afrykańskim i azjatyckim, głównie z dominującym islamem.

W ostatnim czasie sytuacja chrześcijan pogorszyła się w takich krajach jak Mauretania (tortury, aresztowania), Wietnam (konfiskowane mienie kościelne, palone klasztory), a także Azerbejdżan, Turcja, Tadżykistan, Tunezja, Kirgistan. Nieco lepiej w porównaniu do poprzednich lat jest w Arabii Saudyjskiej (mimo wszystko), Algierii, Indiach, Kubie.

Rzuca się w oczy duża niechęć do chrześcijaństwa w krajach islamskich. W rankingu "awansują" kraje byłego Związku Sowieckiego. Oprócz wymienionych, na przykład Czeczenia zajmuje 19 miejsce na liście.

Jeszcze jedna ciekawa kwestia: na liście nie ma żadnego państwa europejskiego, ani samej Unii Europejskiej, choć ostatnia "akcja z krzyżami" (głośne orzeczenie Trybunału ze Strasburga) musi przecież dawać do myślenia. Jeśli progresja się utrzyma, za rok możemy oczekiwać debiutu na liście.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

„Katolicka hipokryzja”

Ulubioną zabawą różnej maści lewicowców jest nabijanie się i wypominanie katolikom hipokryzji. Słyszy się zewsząd, że: "katolicy co innego mówią, a co innego robią", że Polska, choć katolicka - jest pijana, że księża tacy, owacy, a politycy prawicowi tylko podwieszają się pod Kościół.

Oczywiście przypadki świadomej hipokryzji się zdarzają, ale kościelni krytycy idę dalej. Oni uznają katolicyzm za obłudny niemal z samej swej istoty. Oto "dowód": pomimo znajomości przykazań, katolicy co raz biegają do spowiedzi, czyli notorycznie łamią przykazania.

Takie podejście świadczy o niezrozumieniu natury życia chrześcijańskiego lub o zwyczajnej złośliwości (w praktyce najprawdopodobniej chodzi o jedno i drugie). Oczywiście, każdy katolik wyznaje pewien kodeks moralny, dzięki któremu w łączności z Chrystusem może osiągnąć zbawienie. Jednak droga do nieba wiąże się z ciągłym wzrastaniem. Upadki są niejako wpisane w ludzką naturę. Rzecz w tym, żeby z jednej strony powstawać i wciąż na nowo się uświęcać, z drugiej – nie traktować upadków, jako usprawiedliwienia dla swej grzeszności. .

Mentalność lewicowa stoi zaś na stanowisku, że chrześcijanin nie może upadać. Za jednym zamachem znosi sakrament spowiedzi i wymaga od niego doskonałości, zapominając, że uświęcenie jest procesem. Grzeszność nie jest zatem przejawem hipokryzji, ale zwyczajnej ludzkiej słabości: “chcę, ale mi nie wychodzi, bo jestem słaby”. Czy taką postawę można nazwać hipokryzją?

Za tą argumentacją czai się sprytny sofizmat. Co ma zrobić chrześcijanin, żeby nie został przezwany  obłudnikiem? I tu dochodzimy do puenty: najlepiej przestać chodzić do spowiedzi i (co się z tym wiąże) wystąpić z Kościoła; wtedy będzie “szczery i spontaniczny”.

Pytanie tylko: czy wówczas stanie się bardziej moralnym człowiekiem?

czwartek, 17 grudnia 2009

Wyznanie zabobonnego katolika

Obserwacja współczesnego świata przywołuje u mnie na myśl - niemal na zasadzie odruchu Pawłowa - taki fragment wiersza Andrzeja Bursy: "Lecz, gdy widnokrąg oko rozszerzy czerwone/ Miasto jak pięść pancerna nieomylnie grozi/ I niestyty radości ten jarmark ubogich/ Stąd ten piorun ukryty i ten miecz wzniesiony" (cytuję z pamięci).

Gdy patrzy się na tych wszystkich celebrytów, polityków, przedświąteczne "dżingle bens", promocje, Unie Europejskie etc. etc.; gdy człowiek poczyta na różnych "social media" jak ludziom odwala, jakie mają poglądy, o czym myślą, marzą, to przekonanie Bursy o tym, że musi tu uderzyć piorun narasta we mnie z każdym dniem i wręcz graniczy z pewnością. Przecież prymitywizm, głupota, a przede wszystkim zło, nie mogą pozostać bezkarne...

Mając przekonania "zabobonnego katolika", wierzę, że tak naprawdę o zwycięstwie dobra lub zła w życiu społecznym (ale i osobistym) nie decydują politycy i aktywiści społeczni, lecz ilość i jakość modlitw, które wznoszone są ku Niebu (jest taki ciekawy tekst Donoso Cortesa na ten temat).

Nie znaczy to oczywiście, że powinniśmy spocząć na laurach. W wymiarze przyrodzonym musimy oczywiście robić wszystko, co do nas należy, kierując się roztropnością. Ale przede wszystkim należy pamiętać, że fundamentem do zwycięstw są modlitwy, posty i bogobojne czyny.

Problem w tym, że ilość modlitw w ostatnich czasach zmalała, a przynajmniej jest nieproporcjonalna do potrzeb. Dlatego wątpię, by człowiek w skali globalnej opamiętał się. "Niesyty radości jarmark ubogich" będzie trwał i ściągnie na siebie karę. Karę oczyszczającą i otrzeźwiająca.

I chociaż jako człowiek oczekuję jej z bojaźnią i drżeniem, to z drugiej strony zdaję sobie sprawę z jej nieuchronności.

czwartek, 10 grudnia 2009

W UE pości się w poniedziałek, nie w piątek

Na konferencji, która miała miejsce w Parlamencie Europejskim w ubiegłym tygodniu, omawiano kwestię wpływu produkcji mięsa na emisję gazów cieplarnianych i w konsekwencji ocieplenie klimatu. Przy tej okazji Paul McCartney (ongiś The Beatles) promował kampanię "Poniedziałek wolny od mięsa", a wiceprezydent Parlamentu Europejskiego, Edward McMillan-Scott, oficjalnie wezwał poddanych by przerzucili się na wegetarianizm.

Widać, że światowa lewica czepiło się tego mięsa jak pijany płotu i nie odpuszcza. Ostatnio prof. Singer "bioetyk" domagał się zwiększenia podatku na mięso do 50%. On również chciał ograniczyć - a jakże! - emisję gazów cieplarnianych. Czy ta zbieżność działań jest przypadkowa? Widać w tym jakąś globalną strategię zmierzającą do zmuszenia ludzi, by odżywiali się tylko korzonkami.

Przy czym całkowicie przemilcza się kwestię ujawnionych ostatnio e-maili klimatologów, z których wynika, że tezy dotyczące ocieplenia klimatu są wynikiem manipulacji danymi. Sprawa jest znana i odbiła się szerokim echem w mediach, ale w Unii jakby tego nie słyszeli. Dalej robią swoje, jak w tej pieśni "a my musimy siać", choć podstawy intelektualne do tego siania mają marne.

Inną zastanawiającą sprawą jest wybór poniedziałku na dzień bezmięsny. W tradycji katolickiej dniem bez mięsa był i jest piątek, na pamiątkę dnia Męki Pańskiej. Nasi Europejczycy udają, że o tym nie wiedzą. Jakie mają w tym intencje? Albo w imię walki o neutralność światopoglądową boją się nawiązać do piątku, aby nie oskarżno ich o promowanie katolicyzmu, albo - co bardziej prawdopodobne - sami mają awersję do Kościoła i nie chcą mieć z nim nic wspólnego.

Jak widać ta awersja ma już chorobliwe objawy. Mogli przecież podczepić się pod piątek katolicki i tym samym osiągnąć lepsze wyniki swej akcji. Nic z tego. Uprzedzenia są zbyt głębokie.

Swoją drogą za komuny w stołówkach też poniedziałek był bezmięsny. Czyżby chciano w ten sposób nawiązać do tej starej, świeckiej tradycji?

środa, 2 grudnia 2009

Podatek od dobijania chorych

Bioetyk prof. Peter Singer zadziwia świat swoimi poglądami już od kilku dekad. Jego twierdzenia dotyczące między innymi zabijania dzieci czy dobijania chorych są powszechnie znane. Gdyby jednak ktoś ich nie znał, to uprzejmie donoszę, że nie widzi on większych przeciwwskazań by - odpowiednio - zabijać i dobijać...

Ostatnio wpadł na pomysł, aby nałożyć 50% podatek na wyroby mięsne. Ma to być wyciągnięciem ręki w stronę prześladowanej zwierzyny, której los leży mu szczególnie na sercu. Radykalne podwyższenie podatku doprowadziłoby do zmniejszenie spożycia mięsa i jednocześnie wpłynęłoby na polepszenie jakości życia świń, krów, kur i innego drobiu. (Przy okazji może udałoby się ograniczyć emisję gazów cieplarnianych!)

Skąd biorą się takie pomysły? Singer nie wierzy, że człowiek ma duszę. Jeśli zaś nie ma duszy, jeśli nie stworzył go Bóg, to nie różni się zbytnio od zwierzyny hodowlanej czy łownej. Co więcej, wszyscy cierpią ponoć tak samo, a "walka z cierpieniem" należy do pryncypiów jego Etyki praktycznej.

Przyjmując taką zasadę łatwo dojść do wniosku, że schorowane życie schorowanego, starszego człowieka czy "płodu", staje się mniej warte niż życie zdrowego świniaka czy źrebaka wesoło wierzgającego po pastwisku.

Dzisiaj Singer żąda podatku od mięsa, jutro, zgodnie z tą logiką, będzie domagał się wprowadzenia składki, które opłaci nasze ewentualne przyszłe uśmiercenie. Chyba, że z naszej zrzutki na ZUS zostanie jeszcze parę groszy (co jest wariantem optymistycznym) i właśnie te pieniążki zostaną przesunięte na eutanazję.

sobota, 21 listopada 2009

Cynizm tolerancjonistów

Jednym z ciekawszych doświadczeń związanych z użytkowaniem Internetu są wirtualne rozmowy z różnymi tolerancjonistami. Łatka konserwatysty sprawia, że człowiek stoi zazwyczaj na straconej pozycji. Wiadomo – jak „konserwa”, to automatycznie nietolerancja, brak dialogiczności, zapędy inkwizytorskie i konkwistadorskie w jednym.

Po drugiej stronie zaś stoją “aniołki wcielone”, “różne ateisty”, “racjonalisty”, lewicowcy świadomi i podświadomi oraz różni nałogowi powtarzacze medialnych sloganów. Łączy ich jedno: bezgraniczne umiłowanie ludzkości, które to umiłowanie aż bucha, gdy stukają w klawiaturę. Historia zna te typy ludzkie: dać im tylko trochę prochu, a oni już będą wiedzieli, jak zaprowadzić "tolerancję”.

Są tolerancyjni dlatego nie chcą krzyża w klasach szkolnych; są dialogiczni, dlatego chcą by moje dzieci uczyły się edukacji seksualnej itp., itd. Nie zauważają (lub nie chcą zauważyć), że pod pozorem ich “walki” kryje się określony światopogląd. Wszystkie bowiem poglądy wyrażane w ważnych kwestiach społecznych oparte są na konkretnej filozofii, a gdy nie są, to stają się tylko “swobodną impresją wolnego intelektu” (czytaj: bełkotem).

Z czego bierze się ich zacietrzewienie? Wydaje się, że jest pochodną rewolucyjnego zapału i poczucia misji. W większości przypadków oni naprawdę wierzą, że walczą klawiaturą o “lepsze jutro” dla ludzkości. Dlatego też można im swobodnie nienawidzieć, a pomimo to pozostawać dalej otwartymi i tolerancyjnymi!

Cynizm z jakim posługują się wytrychem tolerancji czy neutralności światopoglądowej w celu niszczenia przeciwników, byłby wdzięcznym tematem badań dla naukowców. Byłby, ale nie jest, bo nikt takiego tematu nie odważy się wziąć na tapetę.

I tylko się człowiek dziwi, że się jeszcze temu wszystkiemu dziwi.

sobota, 14 listopada 2009

Jak eSBecy i ZOMOwcy o prawa człowieka walczyli

Komunistyczny przywódca gen. W. Jaruzelski zażartował ostatnio w jednym z wywiadów mówiąc, że "w sprawie wieszania krzyży w szkołach wyprzedziliśmy Europejski Trybunał Praw Człowieka". Czy takie stwierdzenie rzeczywiście można traktować jedynie w kategoriach żartu?

Jeśli bliżej przyjrzeć się sprawie, to nie można zaprzeczyć, że podstawowe wątki argumentacji komunistycznej w "kwestii krzyży" pokrywają się z argumentologią sędziów Trybunału. Troska o tzw. "świeckie państwo" wolne od manifestacji religijności w sferze publicznej, wspólna jest jednym i drugim.

Gdy tow. Wiesław wykrzykiwał do Prymasa Tysiąclecia, że "Krzyż na ścianie drażni młodzież niewierzącą", mówił właściwie to samo, co ostatnio Europejski Trybunał, powołujący się na wzniosła ideę tzw. "wolności religijej uczniów". Wolności specyficznej, bo dostrzegającej tylko mniejszość, a zapomnającej o większości.

Dlatego Prymas Wyszyński tak odpowiedział Gomułce:
A ile jest tej niewierzącej młodzieży ?
Gomułka odpowiadał:
No, powiedzmy, 10 procent.
Na to ks.Prymas :
Ja panu dodam jeszcze 10 procent. Niech bedzie 20 procent.
Pozostaje reszta, czyli 80 procent młodzieży. Otoż zapowia-
dam panom, że ja dla tych 80 procent bedę walczył o krzyż
i w tej walce nie ustanę
.
(za: "Dziennikami" J. Zawiejskiego)

* * *

Komunistyczna walka z krzyżami trwała praktycznie przez cały okres PRL. W latach sześćdziesiątych z krucyfiksami na ścianie szkolnej dzielnie wojował wspomniany tow. Wiesław. Na początku lat osiemdziesiątych, po strajkach solidarnościowych i stanie wojennym, doszło do spektakularnych protestów młodzieży w obronie głównego symbolu chrześcijaństwa.

W Miętnem k/Garwolina uczniowie zareagowali protestami na fakt znikania z klas szkolnych krzyży. W odpowiedzi dyrektor na apelu szkolnym mówił o rozdziale Kościoła od państwa, zasadach świeckości instytucji państwowych itd. Nie przekonał młodzieży, która "po apelu na znak protestu od razu nie rozeszła się do sal lekcyjnych, lecz zaintonowała pieśń „My chcemy Boga” (za stroną IPN).

Eskalacja konfliktu nastąpiła na początku marca 1984 roku. Uczniowie ogłosili strajk i podjęli okupację budynku, przerwaną przez dwie kompanie ZOMO z Siedlec i Warszawy.

Podobny strajk uczniowski miał miejsce we Włoszczowej w kieleckim. Po decyzji usunięcia krzyży z sal szkolnych 3 grudnia 1984 młodzież rozpoczęła protest, trwający 2 tygodnie. W jego rezultacie uczniów spotkały represje. Część z nich pozbawiono praw uczniowskich, część relegowano ze szkoły.

* * *

To tylko mały wycinek komunistycznych represji za obronę wiary i krzyża.Dzisiaj, po werdykcie sędziów ze Strasburga, okazuje się, że to komuniści mieli rację, a eSBecy i ZOMOwcy zostali prekursorami walki o prawa człowieka. No, może czasami przesadzali w gorliwości, ale w sumie chcieli dobrze. Walczyli o lepszą, tolerancyjną i świecką Europę.

W tej sytuacji należałoby się zastanowić, czy zamiast straszyć ich sądami, nie dać im orderów?

poniedziałek, 9 listopada 2009

Dziesięć argumentów za wieszaniem Krzyży w szkołach

Walka z Krzyżem nie jest w walką z nietolerancją religijną, ale z samą religią. Niedawny wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka nakazujący zdjęcie symboli religijnych ze szkół we Włoszech jest właśnie przejawem tej walki. Poniżej dziecięć argumentów za pozostawieniem Krzyży w szkołach i generalnie w przestrzeni publicznej. (Inspiracją i pewną pomocą w ich napisania był artykuł znaleziony na portalu Kath.net.)

1.Krzyż na ścianie jest prostym potwierdzeniem faktu, że w danym państwie żyją ludzie wierzący w Chrystusa. Każda organizacja czy grupa ludzi pragnie podkreślić swoją tożsamość i odróżniać się od innej własną symboliką. Dlaczego tego przywileju mieliby być pozbawieni katolicy?

2.Pusta ściana nie jest wolna od ideologii, zwłaszcza, gdy człowiek uświadomi sobie, że przez wieki wisiał na niej Krucyfiks. Wyciągnięcie po niego rąk zawsze będzie miało podtekst ideologiczny. Niezależnie od tego, co mówią właściciele tych rąk. Odwoływanie się przy tej okazji do tzw. neutralności światopoglądowej(będącej w istocie "fikcją literacką"), służy wyłącznie celom propagandowym.

3. Domniemane prawo do życia w przestrzeni wolnej od treści i symboli religijnych, nie może być ważniejsze od prawa do swobodnego wykonywania praktyk religijnych.

4. Ikonoklazm praktykowany w obrębie przestrzeni publicznej jest tylko pewnym etapem wojny światopoglądowej. Antychrześcijańscy fundamentaliści wcześniej czy później wpakują się ze swoimi butami do prywatnych mieszkań i nakażą zdejmowanie symboli religijnych. Pretekstem będzie na przykład to, że mogą razić ateistycznych listonoszy, hydraulików czy innych glazurników.

5. Nakazując zdjęcie Krzyży szeroko pojęta lewica paradoksalnie miesza religię z polityką. Stanowi to bowiem jedynie pretekst do prowadzenia akcji stricte politycznej. Jednocześnie ta sama lewica obłudnie zarzuca Kościołowi, że wtrąca się do polityki.

6. Chrześcijaństwo ze swej natury jest misyjne, skierowane na zewnątrz. Katolik musi świadczyć, bo do tego zobowiązują go nakazy jego religii. W przeciwnym razie sprzeniewierzy się swojemu wyznaniu. Jeśli zatem ktoś zakazuje mu świadczenia, to w istocie odbiera mu podstawowe prawo do wyznawania swojej religii. Jest to oczywiście taktyczne działanie przeciwników chrześcijaństwa, chcących zepchnąć je do getta.

7.Wyrok Trybunału sprzeciwia się tak wielbionej przez lewicę i liberałów demokracji. Skoro bowiem o wyborze władz decyduje demokratyczna większość, dlaczego o wieszaniu symboli religijnych ma decydować religijna mniejszość?

8. Krzyż w istocie jest "logiem", symbolem Europy. Bez niego Europa nie jest już Europą, ale na powrót skupiskiem pogan.

9. Dla katolika Krzyż ma znaczenie stricte religijne, związane z codzienną walką duchową, jaką prowadzi w swoim życiu. Katolik wierzy, że znajduje się w nim szczególna moc, która wiedzie go do duchowego zwycięstwa. W tym sensie Krzyż w ramach przestrzeni publicznej na pewien sposób uświęca ją.

10.Jeśli zaś przeciwnicy Krzyża nie wierzą w jego szczególną moc duchową, to dlaczego nie przejdą nad nim do porządku dziennego? Dlaczego tak ich szczególnie drażni, skupia ich uwagę i prowokuje do działań? Chrześcijanin zawsze będzie dostrzegał w tej postawie odwieczne zmaganie się sił dobra i zła. Słowem - "krzyżowa cenzura" nie jest tylko przejawem walki politycznej, ale przede wszystkim duchowej. I właśnie ten argument powinien przede wszystkim mobilizować katolików do obrony Krzyża.

Z całą pewnością nie są to wszystkie argumenty. Pomysły, uwagi i inspiracje Czytelników są oczywiście mile widziane.

piątek, 30 października 2009

Zabijanie dzieci “w imię Boże”

Dr LeRoy Carhart praktykuje późną aborcję i jest następcą zabitego w maju słynnego kata nienarodzonych Georga Tillera. Przed laty Carhart chciał zostać kaznodzieją. Dziś deklaruje, że przed i po zabiciu dziecka, modli się przy łóżku pacjentki. Tłumaczy, że nie zabija, lecz dzięki zastrzykom jedynie spowalnia akcje serca, które w końcu przestaje bić.

Siostra Donna Quinn, choć dominikanka, również jest zwolenniczką legalizacji aborcji. Co więcej, pracuje jako wolontariuszka w klinice aborcyjnej w Illinois. Bynajmniej nie zajmuje się tam modlitwą za zagubione życiowo niewiasty (za:www.americanpapist.com).

Brzmi to oczywiście niczym żart. Ale ludzie ci rzeczywiście uważają, iż z jakiś powodów zabójstwo nienarodzonych jest aprobowane przez Stwórcę.

Nie są oni prekursorami takiego myślenia. Już w 1970 roku Frances Kissling, uważająca się za katoliczkę, otworzyła klinikę aborcyjną w USA. Należała ona do tego skomplikowanego pokolenia “rozczochranej młodzieży”, opowiadającego się za “pokojem” (czyli przeciw wojnie w Wietnamie) i równocześnie nie widzącego nic złego w zabijaniu nienarodzonych.

Pewien typ postępowo-lewicowego myślenia lubi podszywać się pod chrześcijaństwo. Już przecież hasła tzw. rewolucji francuskiej (równość, braterstwo itp) były w istocie parodią chrześcijańskiej miłości bliźniego. Marksizm, liberalizm, nazizm obiecywały i obiecują zaś sztuczne raje na tym "padole łez".

W przypadku zabijania dzieci również mamy do czynienia z próbą pogodzenia klasycznego pogaństwa z chrześcijaństwem. Z grubsza polega to na tym, że w duchu lewicowym akcentuje się “prawo kobiety do własnego brzucha”, zapominając o “brzuchu dziecka”. Tym samym “miłość bliźniego” zredukowana jest tylko do niewiasty.

Później już idzie bardzo łatwo: skoro obowiązek “miłości bliźniego” dotyczy tylko kobiety, to oczywistą oczywistością jest, że “aborcja jest wolą Boga”. I tak docieramy do finału tej groteski.

Z psychologicznego punktu widzenia opisywane zjawisko daje się łatwo wytłumaczyć. Tacy ludzie chcę pozostać wierzącymi, chcę mieć nadzieję na zbawienie po śmierci, a jednocześnie mają potrzebę bycia docenionym już tutaj. Pokusa maszerowania w szeregach postępu i jednocześnie odgrywania roli “męczennika za wolność słowa”, bywa tak silna, że trudno jej się niektórym oprzeć. Problem w tym, że oprzeć jej się trzeba.

Brak odporności na tę pokusę prowadzi bowiem do powstania “fenomenu” zwanego katolewicą.

sobota, 10 października 2009

Racjonalny Kościół i irracjonalni ateiści

Kika dni temu Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów złożyło doniesienie do prokuratury, żądając wyjaśnień w kwestii głośnych wydarzeń w Sokółce. Przypomnijmy – w naczyniu z opuszczonym w kościele komunikantem lekarze stwierdzili obecność fragmentu tkanki pochodzącej z mięśnia sercowego.

Z racjonalistami są dwa problemy. Pierwszy ma wymiar propagandowy. Posługiwanie się w nazwie słowem “racjonalista” jest bardzo wygodne z marketingowego punktu widzenia, gdyż kojarzy się ludziom: albo z czymś nieznanym, ale mądraśnym (tym mniej oczytanym), albo z jedynie słuszną postawą myślową (tym, którzy trochę otarli się o filozofię na studiach, ale nie do końca doczytali w “Tatarkiewiczu” o co w niej chodzi). Dlatego też w przeciwieństwie do fideisty, irracjonalisty, ba, nawet empirysty,”racjonalista to brzmi dumnie” i z jakąś taką wyższością.

Jednak w rzeczywistości, w filozofii wyróżnia się przynajmniej kilka rodzajów racjonalizmów. Mówi się np. o racjonalizmie platońskim, arystotelesowskim, scholastycznym(!), kartezjańskim, heglowskim, kantowskim itp. O jaki chodzi w tym przypadku? Prawdopodobnie o taki, który ma potwierdzać ateizm. A to jest, delikatnie pisząc, lekkim nadużyciem.

Drugi problem dotyczy wiarygodności ludzi nazywających się dumnie “racjonalistami”. Zastanówmy się hipotetycznie nad możliwymi rozstrzygnięciami wydarzeń w Sokółce. Załóżmy najpierw, że śledztwo prokuratorskie i dochodzenie kościelne wykaże, iż w rzeczonej sprawie doszło do oszustwa. Jak zachowa się biskup miejsca? Z całą pewnością uzna wyniki dochodzenia i będzie po sprawie.

Ale co by się stało, gdyby prokuratura stwierdziła, że rzeczywiście mamy do czynienia z tkanką sercową niewiadomego pochodzenia i przy okazji wykluczyła ingerencję osób trzecich? Jak zachowaliby się nasi “racjonaliści”? Racjonalnie podchodząc do sprawy powinni przyznać, że coś jest na rzeczy. Ale czy takie zachowanie naszych ateistów jest w ogóle do pomyślenia? Raczej należy się spodziewać wypowiedzi w rodzaju, że prokuratura jest “pod butem Kościoła” itp.

Taka postawa to wynik zamkniętego, fundamentalistycznego widzenia świata. Wychodząc z określonych założeń ateiści zamykają się i nie są w stanie wyjść poza ściśle wyznaczone schematy myślowe. Nie chcą przyznać, że istnieją zjawiska przed którymi umysł musi skapitulować. Pisząc obrazowo - rozum może niekiedy doprowadzić człowieka nad brzeg rzeki i tam go zostawić, mówiąc: “dalej nie popłynę”. Czyż każdy, kto przyjmuje taką optykę nie postępuje racjonalnie (czyli: zgodnie z zasadami logiki)?

W tym kontekście podejście Kościoła, w przeciwieństwie do podejścia ateistów, jest jak najbardziej racjonalne: skoro fakty wskazują na cud - przekazujemy sprawę do dalszego badania przez Watykan, jeśli nie – zamykamy ją.

Czy można sobie wyobrazić bardziej otwartą postawę?

sobota, 29 sierpnia 2009

Amisze, katolicy i kwestia taktyki

W maju bieżącego roku wielu amerykańskich katolików protestowało przeciw uhonorowaniu Baraka Obamy tytułem doktora honoris causa katolickiego Uniwersytetu Notre Dame. Jednak ceremonii jednoznacznie sprzeciwiło się tylko 70 biskupów (na 230). Być może ten fakt jest kluczem do zrozumienia dlaczego w ogóle doszło do wspomnianego wydarzenia.

Ostatnio więcej światła na sprawę rzucił arcybiskup Michael J. Sheehen z archidiecezji Santa Fe. W
jednym z wywiadów
stwierdził, że większość biskupów była wręcz przerażona skalą protestów. Są oni bowiem przekonani, że Kościół nie powinien izolować się od Ameryki poprzez radykalizację zachowań i protestów w sprawie “aborcji”. Hierarcha twierdzi, że radykalna taktyka “wojowniczej mniejszości” sprawi, że katolicy będą w Stanach Zjednoczonych postrzegani, jak amisze. Właściwa taktyka zaś polega – krótko pisząc - na współpracy i dialogu. (Kwestia ewangelicznego bycia “znakiem sprzeciwu”, jak widać nie wchodzi w grę).

Jeden z internautów komentując tę wypowiedź trochę ironicznie, trochę z goryczą, podziękował abp Sheehenowi. Za co? Za to, że pozwolił mu uświadomić sobie jeszcze raz, że nie ma już nadziei dla Kościoła.

Politykę bycia “letnim” w ciekawy sposób skrytykowali również nie tak dawno dwaj publicyści Eric Guinta i Eugene Cuningham. Autorzy stwierdzili (prowokująco), że tak jak dzisiaj Kościół oskarżany jest o milczenie w sprawie nazizmu, Holocaustu i generalnie o wiele innych nieszczęść ludzkości, tak za sto lat zostanie oskarżony przez historyków nie tylko o milczenie w sprawie zabijania nienarodzonych, ale również o podejmowanie w tym kierunku konkretnych działań. Jako przykład takiej postawy podali właśnie między innymi spolegliwość biskupów w sprawie Notre Dame. (Podkreślmy, że uczelnia oficjalnie nie ucierpiała na swojej katolickiej tożsamości, a rektor nie stracił posady. )

Inną poszlaką, która może za sto lat pomóc historykom wskazać katolików jako winnych rozpowszechniania dzieciobójstwa, będzie to, że statystyczny, amerykański katolik na przełomie XX/XXI wieku głosował za zabijaniem nienarodzonych. Na dodatek stanowisko pro-life jest dalekie dla wielu nominalnie katolickich polityków, jak: Joe Biden, Mario Cuomo, Barbara Mikulski, Christopher Dodd czy zmarły Edward Keneddy.

Ten ostatni, jak na “przykładnego katolika” przystało popierał finansowanie przez podatnika eksperymentów na embrionach (11 kwietnia 2007), głosował za przyznaniem 100 milionów dolarów na rozwinięcie kompleksowej edukacji seksualnej i dostępności środków antykoncepcyjnych dla młodzieży (17 marzec 2005), sprzeciwiał się utrzymaniu zakazu aborcji na terenie baz wojskowych (20 czerwca 2000) czy zakazowi klonowania ludzi (11 lutego 1998).

Biorąc pod uwagę te fakty – można chyba przyznać rację wspomnianym publicystom. Historycy będą mieli stosunkowo łatwe zadanie, by oskarżyć katolików o kolejną zbrodnię! I pomyśleć, że cała sprawa to wynik “taktycznego nieporozumienia”. Katolicy bowiem (a w tym część biskupów) mieli dobre intencje - nie chcieli upodobnić się do amiszów. Ale dobrymi intencjami - wiadomo... co jest wybrukowane.

środa, 12 sierpnia 2009

Obraza ludzkich uczuć czy samego Boga?

Taktyka bieżącej walki cywilizacyjnej usprawiedliwia powoływanie się katolików na przepisy dotyczące zakazu obrażania uczuć religijnych. Nie można jednak zapominać, że są one tylko odpryskiem prawnym postoświeceniowego kultu człowieka. „Wspaniałomyślnym” odstępstwem postępowców na rzecz ludzi religijnych lub może raczej pułapką tolerancji,
w którą sami wpadli.

Ostatnio sporo w mediach o obrażaniu uczuć. Wiadomo - zbliża się koncert tzw. Madonny, a dodatkowo tzw. Doda wyskoczyła z antybiblijnym tekstem. Czy rzeczywiście w tego typu przypadkach chodzi jedynie o obrażanie uczuć religijnych? Rzecz w tym, że tak naprawdę uczucia nie mają tu nic do rzeczy. Nie wyobrażam sobie, jak można obrazić „doznanie zmysłowe” (uczucie), które jest jedynie pewnym składnikiem życia osobowego człowieka. Równie mądrze można powiedzieć, że obrażono lewe ucho lub kciuka prawej ręki. Człowiek to coś więcej, nie tylko kłębek doznań zmysłowych.

Nadawanie emocjom tak wyjątkowego znaczenia ma na celu podkreślenie subiektywnego aspektu problemu („fanatycy coś sobie ubzdurali, ale my, ludzie światli, to tolerujemy”). Prawdopodobnie mamy tu do czynienia również z wpływami pewnych filozofii postoświeceniowych, które nadają wyjątkową rangę doznaniom zmysłowym.

Tak czy inaczej wszystko kręci się wokół człowieka. To jego lub jego uczucia obrażono. I tu jest sedno problemu! Jakie bowiem znaczenie ma fakt, że znieważono uczucia katolika? Istotne jest to, że bluźni się samemu Bogu. Na tą obrazę mają reagować katolicy, a nie analizować własne doznania i zastanawiać się: czy dotknięto ich danym zachowaniem lub słowem czy też nie?

Oczywiście świadomi katolicy wiedzą o co chodzi. Jak wspomniano na wstępie powołują się na omawiane prawo z uwagi, że nie mają innych możliwości samoobrony. Niemniej nie można zapominać, że prawo ma także wymiar edukacyjny. Jeśli ciągle będzie się mówiło tylko o obrażaniu uczuć, to wśród maluczkich może rzeczywiście zrodzić się przekonanie, że chodzi tylko o przelotne emocje, a nie o samego Boga.

piątek, 31 lipca 2009

Kleryk w sutannie, rasizm i nowa religia

Pewien kleryk opowiadał, jak spacerując po Warszawie (w sutannie), co chwilę musiał wysłuchiwać zaczepek słownych pod swoim adresem. Gdyby był czarnoskórym rodem z Afryki mógłby poskarżyć się polit-poprawnym redakcjom, które z radością przygotowałyby rozkładówkę o polskim rasizmie. Ale on jest tym “złym czarnym”, “agentem Watykanu” i w praktyce nie ma szans na taką obronę. Są jak widać rasizmy lepsze i gorsze.


Gdyby można zmierzyć stopień agresji wobec Kościoła obecnie i za czasów komunizmu, w kategorii “władza” towarzysze niewątpliwie zwyciężyliby z liberałami, zaś w kategorii “społeczeństwo” - współczesny Polak wyraźnie dystansuje swoim poziomem agresji tego z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Wymiar zjawiska uświadamiają nie tylko wpisy internetowe na różnych forach i portalach, ale także rozmowy z tzw. “zwykłymi ludźmi”. Normą jest wykłócanie się o różne sprawy, a w niektórych środowiskach narażanie się wręcz na ostracyzm społeczny. Czy to tylko tradycyjny, polski antyklerykalizm, czy może całkiem nowe zjawisko?


Światło na sprawę rzucają opublikowane nie tak dawno w Rzeczpospolitej" badania o stanie świadomości religijnej Polaków. Przypomnijmy: tylko 22% uważa, że w Kościele można się zbawić, to znaczy, że 78% jest przeciwnego zdania. Z jednej strony taka postawa jest wynikiem "pedagogii ekumenizmu" rozpowszechnionej w wielu środowiskach katolickich. W praktyce rozumiana jest ona jako uznanie przez Kościół wielu dróg zbawienia, wspólne dialogowanie ze sobą i poklepywanie się po plecach. Z drugiej - tak naprawdę niewielu “młodych, wykształconych, z wielkich miast”, wie o co chodzi z tym ekumenizmem. Ich zainteresowanie sprawami wiary jest znikome. Dlatego też głównym czynnikiem wpływającym na uformowanie się powyższego przekonania jest raczej ślepe przyjmowanie agnostyczno-liberalnego mitu, iż każdy ma swoją prywatną prawdę, który w wersji religijnej objawia się wiarą w wielość dróg zbawienia.


Ta wiara w zetknięciu z wiarą Kościoła o istnieniu jednej drogi w sposób naturalny prowadzi do konfliktu. Powiedzmy sobie szczerze: te 78%, to jakby wyznawcy nowej, synkretyczno-panteistycznej religii, dla których katolicy manifestujący swoją odrębność, wyjątkowość i występujący zdecydowanie ze swoim orędziem, to wrogowie religijni, których trzeba zwalczać. Jak widać na przykładzie kleryka w sutannie czasami wystarczą tylko pewne symbole, aby wywołać działania agresywno-zaczepne.