sobota, 5 listopada 2011
Wyśniony Kościół bezbożnika
Co zatem musi uczynić Kościół, żeby wiara rozszerzała się w Polsce? Jakie są warunki wstępne?
Po pierwsze
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Adamek i religia
Zapewne "laicyzatorzy" powiedzą: "jak to tak, bokser, najpierw sprał kogoś, a teraz odwołuje się do Boga". O moralności boksu, oczywiście można dyskutować. Problem jest ciekawy i nie zamierzam na jego rozwiązanie się tutaj porywać. Nawet - o ile dobrze kojarzę - ktoś napisał pracę na ten temat.
Dodam tylko, że Adamek w ramach zasad bokserskich postępuje uczciwie. Wcześniej od sędziego zauważył, że sekundand Madallone poddał swojego podopiecznego. Podniósł więc rękę sygnalizując, że to już koniec walki. A mógł jeszcze ze dwa razy stuknąć przeciwnika. Nie zrobił tego. Zachował się racjonalnie i etycznie.
Mimo wszystko nie kwestie związane z moralnością boksu (cnoty kardynalne boksu???) są dla mnie w tym momencie najciekawsze.
Zadziwiająca jest spontaniczność w zachowaniu T. Adamka. On do Boga odwołuje się naturalnie. To nie jest sztuczne czy demonstracyjne. On taki po prostu jest. Wśród celebrytów i sportowców, to w końcu niezbyt częste zachowanie.
___________________
środa, 10 listopada 2010
Czy da się ochrzcić demokrację?
______________
czwartek, 2 września 2010
Co w antykatolickiej propagandzie decyduje o sukcesie?
Można by rzec : wszystko powróci do normy.
A oni znowu przegrają.
Zawsze przegrywają.
środa, 28 kwietnia 2010
PSYCHOANALIZA A WIARA W OBJAWIENIA
Po pierwsze.
Po drugie.
Naturalistyczna psychoanaliza próbuje swoimi metodami wyjaśnić różne zjawiska. Wszystko chce uzasadnić na sposób pozornie racjonalny i nawet dla zjawisk nadprzyrodzonych żąda empirycznego dowodu. Ale jak mawiał Sir Eddington: "Kto utrzymuje że wszystko musi mieć fizyczne uzasadnienie, utrzymuje jednocześnie, że poglądy mistyczne to nonsens - można by go zapytać: Jakież jest więc fizyczne uzasadnienie nonsensu?"
No jakie?
poniedziałek, 15 lutego 2010
Wiara młodych Amerykanów
• ponad trzy czwarte młodych ludzi twierdzi, że wierzy w Boga;
• jedna trzecia uczestniczy w praktykach religijnych przynajmniej raz w miesiącu;
• 64% uważa, że moralność jest względna i że nie można określić jedno dobro i zło dla wszystkich;
• większość przedstawicieli młodego pokolenia pragnie poszerzenia swojej wiedzy na tematy religijne;
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Ranking prześladowców chrześcijan
poniedziałek, 4 stycznia 2010
„Katolicka hipokryzja”
czwartek, 17 grudnia 2009
Wyznanie zabobonnego katolika
Gdy patrzy się na tych wszystkich celebrytów, polityków, przedświąteczne "dżingle bens", promocje, Unie Europejskie etc. etc.; gdy człowiek poczyta na różnych "social media" jak ludziom odwala, jakie mają poglądy, o czym myślą, marzą, to przekonanie Bursy o tym, że musi tu uderzyć piorun narasta we mnie z każdym dniem i wręcz graniczy z pewnością. Przecież prymitywizm, głupota, a przede wszystkim zło, nie mogą pozostać bezkarne...
Mając przekonania "zabobonnego katolika", wierzę, że tak naprawdę o zwycięstwie dobra lub zła w życiu społecznym (ale i osobistym) nie decydują politycy i aktywiści społeczni, lecz ilość i jakość modlitw, które wznoszone są ku Niebu (jest taki ciekawy tekst Donoso Cortesa na ten temat).
Nie znaczy to oczywiście, że powinniśmy spocząć na laurach. W wymiarze przyrodzonym musimy oczywiście robić wszystko, co do nas należy, kierując się roztropnością. Ale przede wszystkim należy pamiętać, że fundamentem do zwycięstw są modlitwy, posty i bogobojne czyny.
Problem w tym, że ilość modlitw w ostatnich czasach zmalała, a przynajmniej jest nieproporcjonalna do potrzeb. Dlatego wątpię, by człowiek w skali globalnej opamiętał się. "Niesyty radości jarmark ubogich" będzie trwał i ściągnie na siebie karę. Karę oczyszczającą i otrzeźwiająca.
I chociaż jako człowiek oczekuję jej z bojaźnią i drżeniem, to z drugiej strony zdaję sobie sprawę z jej nieuchronności.
czwartek, 10 grudnia 2009
W UE pości się w poniedziałek, nie w piątek
Widać, że światowa lewica czepiło się tego mięsa jak pijany płotu i nie odpuszcza. Ostatnio prof. Singer "bioetyk" domagał się zwiększenia podatku na mięso do 50%. On również chciał ograniczyć - a jakże! - emisję gazów cieplarnianych. Czy ta zbieżność działań jest przypadkowa? Widać w tym jakąś globalną strategię zmierzającą do zmuszenia ludzi, by odżywiali się tylko korzonkami.
Przy czym całkowicie przemilcza się kwestię ujawnionych ostatnio e-maili klimatologów, z których wynika, że tezy dotyczące ocieplenia klimatu są wynikiem manipulacji danymi. Sprawa jest znana i odbiła się szerokim echem w mediach, ale w Unii jakby tego nie słyszeli. Dalej robią swoje, jak w tej pieśni "a my musimy siać", choć podstawy intelektualne do tego siania mają marne.
Inną zastanawiającą sprawą jest wybór poniedziałku na dzień bezmięsny. W tradycji katolickiej dniem bez mięsa był i jest piątek, na pamiątkę dnia Męki Pańskiej. Nasi Europejczycy udają, że o tym nie wiedzą. Jakie mają w tym intencje? Albo w imię walki o neutralność światopoglądową boją się nawiązać do piątku, aby nie oskarżno ich o promowanie katolicyzmu, albo - co bardziej prawdopodobne - sami mają awersję do Kościoła i nie chcą mieć z nim nic wspólnego.
Jak widać ta awersja ma już chorobliwe objawy. Mogli przecież podczepić się pod piątek katolicki i tym samym osiągnąć lepsze wyniki swej akcji. Nic z tego. Uprzedzenia są zbyt głębokie.
Swoją drogą za komuny w stołówkach też poniedziałek był bezmięsny. Czyżby chciano w ten sposób nawiązać do tej starej, świeckiej tradycji?
środa, 2 grudnia 2009
Podatek od dobijania chorych
Ostatnio wpadł na pomysł, aby nałożyć 50% podatek na wyroby mięsne. Ma to być wyciągnięciem ręki w stronę prześladowanej zwierzyny, której los leży mu szczególnie na sercu. Radykalne podwyższenie podatku doprowadziłoby do zmniejszenie spożycia mięsa i jednocześnie wpłynęłoby na polepszenie jakości życia świń, krów, kur i innego drobiu. (Przy okazji może udałoby się ograniczyć emisję gazów cieplarnianych!)
Skąd biorą się takie pomysły? Singer nie wierzy, że człowiek ma duszę. Jeśli zaś nie ma duszy, jeśli nie stworzył go Bóg, to nie różni się zbytnio od zwierzyny hodowlanej czy łownej. Co więcej, wszyscy cierpią ponoć tak samo, a "walka z cierpieniem" należy do pryncypiów jego Etyki praktycznej.
Przyjmując taką zasadę łatwo dojść do wniosku, że schorowane życie schorowanego, starszego człowieka czy "płodu", staje się mniej warte niż życie zdrowego świniaka czy źrebaka wesoło wierzgającego po pastwisku.
Dzisiaj Singer żąda podatku od mięsa, jutro, zgodnie z tą logiką, będzie domagał się wprowadzenia składki, które opłaci nasze ewentualne przyszłe uśmiercenie. Chyba, że z naszej zrzutki na ZUS zostanie jeszcze parę groszy (co jest wariantem optymistycznym) i właśnie te pieniążki zostaną przesunięte na eutanazję.
sobota, 21 listopada 2009
Cynizm tolerancjonistów
Po drugiej stronie zaś stoją “aniołki wcielone”, “różne ateisty”, “racjonalisty”, lewicowcy świadomi i podświadomi oraz różni nałogowi powtarzacze medialnych sloganów. Łączy ich jedno: bezgraniczne umiłowanie ludzkości, które to umiłowanie aż bucha, gdy stukają w klawiaturę. Historia zna te typy ludzkie: dać im tylko trochę prochu, a oni już będą wiedzieli, jak zaprowadzić "tolerancję”.
Są tolerancyjni dlatego nie chcą krzyża w klasach szkolnych; są dialogiczni, dlatego chcą by moje dzieci uczyły się edukacji seksualnej itp., itd. Nie zauważają (lub nie chcą zauważyć), że pod pozorem ich “walki” kryje się określony światopogląd. Wszystkie bowiem poglądy wyrażane w ważnych kwestiach społecznych oparte są na konkretnej filozofii, a gdy nie są, to stają się tylko “swobodną impresją wolnego intelektu” (czytaj: bełkotem).
Z czego bierze się ich zacietrzewienie? Wydaje się, że jest pochodną rewolucyjnego zapału i poczucia misji. W większości przypadków oni naprawdę wierzą, że walczą klawiaturą o “lepsze jutro” dla ludzkości. Dlatego też można im swobodnie nienawidzieć, a pomimo to pozostawać dalej otwartymi i tolerancyjnymi!
Cynizm z jakim posługują się wytrychem tolerancji czy neutralności światopoglądowej w celu niszczenia przeciwników, byłby wdzięcznym tematem badań dla naukowców. Byłby, ale nie jest, bo nikt takiego tematu nie odważy się wziąć na tapetę.
I tylko się człowiek dziwi, że się jeszcze temu wszystkiemu dziwi.
sobota, 14 listopada 2009
Jak eSBecy i ZOMOwcy o prawa człowieka walczyli
Jeśli bliżej przyjrzeć się sprawie, to nie można zaprzeczyć, że podstawowe wątki argumentacji komunistycznej w "kwestii krzyży" pokrywają się z argumentologią sędziów Trybunału. Troska o tzw. "świeckie państwo" wolne od manifestacji religijności w sferze publicznej, wspólna jest jednym i drugim.
Gdy tow. Wiesław wykrzykiwał do Prymasa Tysiąclecia, że "Krzyż na ścianie drażni młodzież niewierzącą", mówił właściwie to samo, co ostatnio Europejski Trybunał, powołujący się na wzniosła ideę tzw. "wolności religijej uczniów". Wolności specyficznej, bo dostrzegającej tylko mniejszość, a zapomnającej o większości.
Dlatego Prymas Wyszyński tak odpowiedział Gomułce:
A ile jest tej niewierzącej młodzieży ?(za: "Dziennikami" J. Zawiejskiego)
Gomułka odpowiadał:
No, powiedzmy, 10 procent.
Na to ks.Prymas :
Ja panu dodam jeszcze 10 procent. Niech bedzie 20 procent.
Pozostaje reszta, czyli 80 procent młodzieży. Otoż zapowia-
dam panom, że ja dla tych 80 procent bedę walczył o krzyż
i w tej walce nie ustanę.
* * *
Komunistyczna walka z krzyżami trwała praktycznie przez cały okres PRL. W latach sześćdziesiątych z krucyfiksami na ścianie szkolnej dzielnie wojował wspomniany tow. Wiesław. Na początku lat osiemdziesiątych, po strajkach solidarnościowych i stanie wojennym, doszło do spektakularnych protestów młodzieży w obronie głównego symbolu chrześcijaństwa.
W Miętnem k/Garwolina uczniowie zareagowali protestami na fakt znikania z klas szkolnych krzyży. W odpowiedzi dyrektor na apelu szkolnym mówił o rozdziale Kościoła od państwa, zasadach świeckości instytucji państwowych itd. Nie przekonał młodzieży, która "po apelu na znak protestu od razu nie rozeszła się do sal lekcyjnych, lecz zaintonowała pieśń „My chcemy Boga” (za stroną IPN).
Eskalacja konfliktu nastąpiła na początku marca 1984 roku. Uczniowie ogłosili strajk i podjęli okupację budynku, przerwaną przez dwie kompanie ZOMO z Siedlec i Warszawy.
Podobny strajk uczniowski miał miejsce we Włoszczowej w kieleckim. Po decyzji usunięcia krzyży z sal szkolnych 3 grudnia 1984 młodzież rozpoczęła protest, trwający 2 tygodnie. W jego rezultacie uczniów spotkały represje. Część z nich pozbawiono praw uczniowskich, część relegowano ze szkoły.
* * *
To tylko mały wycinek komunistycznych represji za obronę wiary i krzyża.Dzisiaj, po werdykcie sędziów ze Strasburga, okazuje się, że to komuniści mieli rację, a eSBecy i ZOMOwcy zostali prekursorami walki o prawa człowieka. No, może czasami przesadzali w gorliwości, ale w sumie chcieli dobrze. Walczyli o lepszą, tolerancyjną i świecką Europę.
W tej sytuacji należałoby się zastanowić, czy zamiast straszyć ich sądami, nie dać im orderów?
poniedziałek, 9 listopada 2009
Dziesięć argumentów za wieszaniem Krzyży w szkołach
1.Krzyż na ścianie jest prostym potwierdzeniem faktu, że w danym państwie żyją ludzie wierzący w Chrystusa. Każda organizacja czy grupa ludzi pragnie podkreślić swoją tożsamość i odróżniać się od innej własną symboliką. Dlaczego tego przywileju mieliby być pozbawieni katolicy?
2.Pusta ściana nie jest wolna od ideologii, zwłaszcza, gdy człowiek uświadomi sobie, że przez wieki wisiał na niej Krucyfiks. Wyciągnięcie po niego rąk zawsze będzie miało podtekst ideologiczny. Niezależnie od tego, co mówią właściciele tych rąk. Odwoływanie się przy tej okazji do tzw. neutralności światopoglądowej(będącej w istocie "fikcją literacką"), służy wyłącznie celom propagandowym.
3. Domniemane prawo do życia w przestrzeni wolnej od treści i symboli religijnych, nie może być ważniejsze od prawa do swobodnego wykonywania praktyk religijnych.
4. Ikonoklazm praktykowany w obrębie przestrzeni publicznej jest tylko pewnym etapem wojny światopoglądowej. Antychrześcijańscy fundamentaliści wcześniej czy później wpakują się ze swoimi butami do prywatnych mieszkań i nakażą zdejmowanie symboli religijnych. Pretekstem będzie na przykład to, że mogą razić ateistycznych listonoszy, hydraulików czy innych glazurników.
5. Nakazując zdjęcie Krzyży szeroko pojęta lewica paradoksalnie miesza religię z polityką. Stanowi to bowiem jedynie pretekst do prowadzenia akcji stricte politycznej. Jednocześnie ta sama lewica obłudnie zarzuca Kościołowi, że wtrąca się do polityki.
6. Chrześcijaństwo ze swej natury jest misyjne, skierowane na zewnątrz. Katolik musi świadczyć, bo do tego zobowiązują go nakazy jego religii. W przeciwnym razie sprzeniewierzy się swojemu wyznaniu. Jeśli zatem ktoś zakazuje mu świadczenia, to w istocie odbiera mu podstawowe prawo do wyznawania swojej religii. Jest to oczywiście taktyczne działanie przeciwników chrześcijaństwa, chcących zepchnąć je do getta.
7.Wyrok Trybunału sprzeciwia się tak wielbionej przez lewicę i liberałów demokracji. Skoro bowiem o wyborze władz decyduje demokratyczna większość, dlaczego o wieszaniu symboli religijnych ma decydować religijna mniejszość?
8. Krzyż w istocie jest "logiem", symbolem Europy. Bez niego Europa nie jest już Europą, ale na powrót skupiskiem pogan.
9. Dla katolika Krzyż ma znaczenie stricte religijne, związane z codzienną walką duchową, jaką prowadzi w swoim życiu. Katolik wierzy, że znajduje się w nim szczególna moc, która wiedzie go do duchowego zwycięstwa. W tym sensie Krzyż w ramach przestrzeni publicznej na pewien sposób uświęca ją.
10.Jeśli zaś przeciwnicy Krzyża nie wierzą w jego szczególną moc duchową, to dlaczego nie przejdą nad nim do porządku dziennego? Dlaczego tak ich szczególnie drażni, skupia ich uwagę i prowokuje do działań? Chrześcijanin zawsze będzie dostrzegał w tej postawie odwieczne zmaganie się sił dobra i zła. Słowem - "krzyżowa cenzura" nie jest tylko przejawem walki politycznej, ale przede wszystkim duchowej. I właśnie ten argument powinien przede wszystkim mobilizować katolików do obrony Krzyża.
Z całą pewnością nie są to wszystkie argumenty. Pomysły, uwagi i inspiracje Czytelników są oczywiście mile widziane.
piątek, 30 października 2009
Zabijanie dzieci “w imię Boże”
Siostra Donna Quinn, choć dominikanka, również jest zwolenniczką legalizacji aborcji. Co więcej, pracuje jako wolontariuszka w klinice aborcyjnej w Illinois. Bynajmniej nie zajmuje się tam modlitwą za zagubione życiowo niewiasty (za:www.americanpapist.com).
Brzmi to oczywiście niczym żart. Ale ludzie ci rzeczywiście uważają, iż z jakiś powodów zabójstwo nienarodzonych jest aprobowane przez Stwórcę.
Nie są oni prekursorami takiego myślenia. Już w 1970 roku Frances Kissling, uważająca się za katoliczkę, otworzyła klinikę aborcyjną w USA. Należała ona do tego skomplikowanego pokolenia “rozczochranej młodzieży”, opowiadającego się za “pokojem” (czyli przeciw wojnie w Wietnamie) i równocześnie nie widzącego nic złego w zabijaniu nienarodzonych.
Pewien typ postępowo-lewicowego myślenia lubi podszywać się pod chrześcijaństwo. Już przecież hasła tzw. rewolucji francuskiej (równość, braterstwo itp) były w istocie parodią chrześcijańskiej miłości bliźniego. Marksizm, liberalizm, nazizm obiecywały i obiecują zaś sztuczne raje na tym "padole łez".
W przypadku zabijania dzieci również mamy do czynienia z próbą pogodzenia klasycznego pogaństwa z chrześcijaństwem. Z grubsza polega to na tym, że w duchu lewicowym akcentuje się “prawo kobiety do własnego brzucha”, zapominając o “brzuchu dziecka”. Tym samym “miłość bliźniego” zredukowana jest tylko do niewiasty.
Później już idzie bardzo łatwo: skoro obowiązek “miłości bliźniego” dotyczy tylko kobiety, to oczywistą oczywistością jest, że “aborcja jest wolą Boga”. I tak docieramy do finału tej groteski.
Z psychologicznego punktu widzenia opisywane zjawisko daje się łatwo wytłumaczyć. Tacy ludzie chcę pozostać wierzącymi, chcę mieć nadzieję na zbawienie po śmierci, a jednocześnie mają potrzebę bycia docenionym już tutaj. Pokusa maszerowania w szeregach postępu i jednocześnie odgrywania roli “męczennika za wolność słowa”, bywa tak silna, że trudno jej się niektórym oprzeć. Problem w tym, że oprzeć jej się trzeba.
Brak odporności na tę pokusę prowadzi bowiem do powstania “fenomenu” zwanego katolewicą.
sobota, 10 października 2009
Racjonalny Kościół i irracjonalni ateiści
Z racjonalistami są dwa problemy. Pierwszy ma wymiar propagandowy. Posługiwanie się w nazwie słowem “racjonalista” jest bardzo wygodne z marketingowego punktu widzenia, gdyż kojarzy się ludziom: albo z czymś nieznanym, ale mądraśnym (tym mniej oczytanym), albo z jedynie słuszną postawą myślową (tym, którzy trochę otarli się o filozofię na studiach, ale nie do końca doczytali w “Tatarkiewiczu” o co w niej chodzi). Dlatego też w przeciwieństwie do fideisty, irracjonalisty, ba, nawet empirysty,”racjonalista to brzmi dumnie” i z jakąś taką wyższością.
Jednak w rzeczywistości, w filozofii wyróżnia się przynajmniej kilka rodzajów racjonalizmów. Mówi się np. o racjonalizmie platońskim, arystotelesowskim, scholastycznym(!), kartezjańskim, heglowskim, kantowskim itp. O jaki chodzi w tym przypadku? Prawdopodobnie o taki, który ma potwierdzać ateizm. A to jest, delikatnie pisząc, lekkim nadużyciem.
Drugi problem dotyczy wiarygodności ludzi nazywających się dumnie “racjonalistami”. Zastanówmy się hipotetycznie nad możliwymi rozstrzygnięciami wydarzeń w Sokółce. Załóżmy najpierw, że śledztwo prokuratorskie i dochodzenie kościelne wykaże, iż w rzeczonej sprawie doszło do oszustwa. Jak zachowa się biskup miejsca? Z całą pewnością uzna wyniki dochodzenia i będzie po sprawie.
Ale co by się stało, gdyby prokuratura stwierdziła, że rzeczywiście mamy do czynienia z tkanką sercową niewiadomego pochodzenia i przy okazji wykluczyła ingerencję osób trzecich? Jak zachowaliby się nasi “racjonaliści”? Racjonalnie podchodząc do sprawy powinni przyznać, że coś jest na rzeczy. Ale czy takie zachowanie naszych ateistów jest w ogóle do pomyślenia? Raczej należy się spodziewać wypowiedzi w rodzaju, że prokuratura jest “pod butem Kościoła” itp.
Taka postawa to wynik zamkniętego, fundamentalistycznego widzenia świata. Wychodząc z określonych założeń ateiści zamykają się i nie są w stanie wyjść poza ściśle wyznaczone schematy myślowe. Nie chcą przyznać, że istnieją zjawiska przed którymi umysł musi skapitulować. Pisząc obrazowo - rozum może niekiedy doprowadzić człowieka nad brzeg rzeki i tam go zostawić, mówiąc: “dalej nie popłynę”. Czyż każdy, kto przyjmuje taką optykę nie postępuje racjonalnie (czyli: zgodnie z zasadami logiki)?
W tym kontekście podejście Kościoła, w przeciwieństwie do podejścia ateistów, jest jak najbardziej racjonalne: skoro fakty wskazują na cud - przekazujemy sprawę do dalszego badania przez Watykan, jeśli nie – zamykamy ją.
Czy można sobie wyobrazić bardziej otwartą postawę?
sobota, 29 sierpnia 2009
Amisze, katolicy i kwestia taktyki
Ostatnio więcej światła na sprawę rzucił arcybiskup Michael J. Sheehen z archidiecezji Santa Fe. W
jednym z wywiadów stwierdził, że większość biskupów była wręcz przerażona skalą protestów. Są oni bowiem przekonani, że Kościół nie powinien izolować się od Ameryki poprzez radykalizację zachowań i protestów w sprawie “aborcji”. Hierarcha twierdzi, że radykalna taktyka “wojowniczej mniejszości” sprawi, że katolicy będą w Stanach Zjednoczonych postrzegani, jak amisze. Właściwa taktyka zaś polega – krótko pisząc - na współpracy i dialogu. (Kwestia ewangelicznego bycia “znakiem sprzeciwu”, jak widać nie wchodzi w grę).
Jeden z internautów komentując tę wypowiedź trochę ironicznie, trochę z goryczą, podziękował abp Sheehenowi. Za co? Za to, że pozwolił mu uświadomić sobie jeszcze raz, że nie ma już nadziei dla Kościoła.
Politykę bycia “letnim” w ciekawy sposób skrytykowali również nie tak dawno dwaj publicyści Eric Guinta i Eugene Cuningham. Autorzy stwierdzili (prowokująco), że tak jak dzisiaj Kościół oskarżany jest o milczenie w sprawie nazizmu, Holocaustu i generalnie o wiele innych nieszczęść ludzkości, tak za sto lat zostanie oskarżony przez historyków nie tylko o milczenie w sprawie zabijania nienarodzonych, ale również o podejmowanie w tym kierunku konkretnych działań. Jako przykład takiej postawy podali właśnie między innymi spolegliwość biskupów w sprawie Notre Dame. (Podkreślmy, że uczelnia oficjalnie nie ucierpiała na swojej katolickiej tożsamości, a rektor nie stracił posady. )
Inną poszlaką, która może za sto lat pomóc historykom wskazać katolików jako winnych rozpowszechniania dzieciobójstwa, będzie to, że statystyczny, amerykański katolik na przełomie XX/XXI wieku głosował za zabijaniem nienarodzonych. Na dodatek stanowisko pro-life jest dalekie dla wielu nominalnie katolickich polityków, jak: Joe Biden, Mario Cuomo, Barbara Mikulski, Christopher Dodd czy zmarły Edward Keneddy.
Ten ostatni, jak na “przykładnego katolika” przystało popierał finansowanie przez podatnika eksperymentów na embrionach (11 kwietnia 2007), głosował za przyznaniem 100 milionów dolarów na rozwinięcie kompleksowej edukacji seksualnej i dostępności środków antykoncepcyjnych dla młodzieży (17 marzec 2005), sprzeciwiał się utrzymaniu zakazu aborcji na terenie baz wojskowych (20 czerwca 2000) czy zakazowi klonowania ludzi (11 lutego 1998).
Biorąc pod uwagę te fakty – można chyba przyznać rację wspomnianym publicystom. Historycy będą mieli stosunkowo łatwe zadanie, by oskarżyć katolików o kolejną zbrodnię! I pomyśleć, że cała sprawa to wynik “taktycznego nieporozumienia”. Katolicy bowiem (a w tym część biskupów) mieli dobre intencje - nie chcieli upodobnić się do amiszów. Ale dobrymi intencjami - wiadomo... co jest wybrukowane.
środa, 12 sierpnia 2009
Obraza ludzkich uczuć czy samego Boga?
Taktyka bieżącej walki cywilizacyjnej usprawiedliwia powoływanie się katolików na przepisy dotyczące zakazu obrażania uczuć religijnych. Nie można jednak zapominać, że są one tylko odpryskiem prawnym postoświeceniowego kultu człowieka. „Wspaniałomyślnym” odstępstwem postępowców na rzecz ludzi religijnych lub może raczej pułapką tolerancji,
w którą sami wpadli.
Ostatnio sporo w mediach o obrażaniu uczuć. Wiadomo - zbliża się koncert tzw. Madonny, a dodatkowo tzw. Doda wyskoczyła z antybiblijnym tekstem. Czy rzeczywiście w tego typu przypadkach chodzi jedynie o obrażanie uczuć religijnych? Rzecz w tym, że tak naprawdę uczucia nie mają tu nic do rzeczy. Nie wyobrażam sobie, jak można obrazić „doznanie zmysłowe” (uczucie), które jest jedynie pewnym składnikiem życia osobowego człowieka. Równie mądrze można powiedzieć, że obrażono lewe ucho lub kciuka prawej ręki. Człowiek to coś więcej, nie tylko kłębek doznań zmysłowych.
Nadawanie emocjom tak wyjątkowego znaczenia ma na celu podkreślenie subiektywnego aspektu problemu („fanatycy coś sobie ubzdurali, ale my, ludzie światli, to tolerujemy”). Prawdopodobnie mamy tu do czynienia również z wpływami pewnych filozofii postoświeceniowych, które nadają wyjątkową rangę doznaniom zmysłowym.
Tak czy inaczej wszystko kręci się wokół człowieka. To jego lub jego uczucia obrażono. I tu jest sedno problemu! Jakie bowiem znaczenie ma fakt, że znieważono uczucia katolika? Istotne jest to, że bluźni się samemu Bogu. Na tą obrazę mają reagować katolicy, a nie analizować własne doznania i zastanawiać się: czy dotknięto ich danym zachowaniem lub słowem czy też nie?
Oczywiście świadomi katolicy wiedzą o co chodzi. Jak wspomniano na wstępie powołują się na omawiane prawo z uwagi, że nie mają innych możliwości samoobrony. Niemniej nie można zapominać, że prawo ma także wymiar edukacyjny. Jeśli ciągle będzie się mówiło tylko o obrażaniu uczuć, to wśród maluczkich może rzeczywiście zrodzić się przekonanie, że chodzi tylko o przelotne emocje, a nie o samego Boga.
piątek, 31 lipca 2009
Kleryk w sutannie, rasizm i nowa religia
Pewien kleryk opowiadał, jak spacerując po Warszawie (w sutannie), co chwilę musiał wysłuchiwać zaczepek słownych pod swoim adresem. Gdyby był czarnoskórym rodem z Afryki mógłby poskarżyć się polit-poprawnym redakcjom, które z radością przygotowałyby rozkładówkę o polskim rasizmie. Ale on jest tym “złym czarnym”, “agentem Watykanu” i w praktyce nie ma szans na taką obronę. Są jak widać rasizmy lepsze i gorsze.
Gdyby można zmierzyć stopień agresji wobec Kościoła obecnie i za czasów komunizmu, w kategorii “władza” towarzysze niewątpliwie zwyciężyliby z liberałami, zaś w kategorii “społeczeństwo” - współczesny Polak wyraźnie dystansuje swoim poziomem agresji tego z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Wymiar zjawiska uświadamiają nie tylko wpisy internetowe na różnych forach i portalach, ale także rozmowy z tzw. “zwykłymi ludźmi”. Normą jest wykłócanie się o różne sprawy, a w niektórych środowiskach narażanie się wręcz na ostracyzm społeczny. Czy to tylko tradycyjny, polski antyklerykalizm, czy może całkiem nowe zjawisko?
Światło na sprawę rzucają opublikowane nie tak dawno w Rzeczpospolitej" badania o stanie świadomości religijnej Polaków. Przypomnijmy: tylko 22% uważa, że w Kościele można się zbawić, to znaczy, że 78% jest przeciwnego zdania. Z jednej strony taka postawa jest wynikiem "pedagogii ekumenizmu" rozpowszechnionej w wielu środowiskach katolickich. W praktyce rozumiana jest ona jako uznanie przez Kościół wielu dróg zbawienia, wspólne dialogowanie ze sobą i poklepywanie się po plecach. Z drugiej - tak naprawdę niewielu “młodych, wykształconych, z wielkich miast”, wie o co chodzi z tym ekumenizmem. Ich zainteresowanie sprawami wiary jest znikome. Dlatego też głównym czynnikiem wpływającym na uformowanie się powyższego przekonania jest raczej ślepe przyjmowanie agnostyczno-liberalnego mitu, iż każdy ma swoją prywatną prawdę, który w wersji religijnej objawia się wiarą w wielość dróg zbawienia.
Ta wiara w zetknięciu z wiarą Kościoła o istnieniu jednej drogi w sposób naturalny prowadzi do konfliktu. Powiedzmy sobie szczerze: te 78%, to jakby wyznawcy nowej, synkretyczno-panteistycznej religii, dla których katolicy manifestujący swoją odrębność, wyjątkowość i występujący zdecydowanie ze swoim orędziem, to wrogowie religijni, których trzeba zwalczać. Jak widać na przykładzie kleryka w sutannie czasami wystarczą tylko pewne symbole, aby wywołać działania agresywno-zaczepne.