Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modernizm teologiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modernizm teologiczny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 marca 2010

Mechanizm rozbijania Kościoła

Liberalna   prasa  znęca się nad Kościołem  wyciągając przypadki  homoseksualnych czy pedofilskich zachowań księży. Ostatnio znowu głośno jest o aferze w jezuickiej szkole w Niemczech. Nie wnikając w kontekst i przyczyny pojawienia się tej afery, warto przedstawić jeden z mechanizmów tworzenia się podobnych skandali. Najlepiej zobrazuje go sprawa abp Remberta Weaklanda z Milwaukee w USA.

Arcybiskup przyznał się w ubiegłym roku oficjalnie, że "jest gejem" i "miał wielu partnerów". Zresztą diecezja musiała zapłacić ogromne odszkodowanie jednemu z "tych partnerów". Co więcej, abp Weakland przymykał oko na podobne nadużycia wśród duchownych swojej diecezji. Stosował taktykę przenoszenia oskarżanych księży z parafii do parafii. Znając jego skłonności, na taki proceder nie należy patrzeć już jak na próbę uchronienia wiernych przed zgorszeniem, lecz jak na działania dywersyjne wewnątrz Kościoła.   

Pod koniec lat 40. ubiegłego wieku młody zakonnik Rembert Weakland przyjechał do Rzymu na studia teologiczne. W Europie odbył również studia z muzyki. W tym okresie dobrze poznał język włoski, dzięki czemu, wkradł się w łaski arcybiskupa Mediolanu Giovanni Battisty Montiniego. Później w trakcie Soboru, Montini, teraz już papież Paweł VI, powołał Weaklanda na konsultanta do komisji wykonującej postanowienia Konstytucji  liturgicznej uchwalonej na Soborze.  Jak twierdzi Randy Engel, był on też jednym z głównych architektów tejże Konstytucji (Sacrosanctum Concilium,1963).  

I tak oto Weakland, pełniąc przez dziesięciolecia odpowiedzialne funkcje, od środka, zgodnie z taktyką modernistyczną, "odnawia" Kościół na różnych frontach: wprowadza nowinki liturgiczne, muzykę protestancką czy podejmuje inicjatywy, które miały w swej istocie  rozmiękczać katolickie stanowisko w sprawie aborcji czy homoseksualizmu.

Można zadać pytanie: czy w podobnych przypadkach, o takich osobach można jeszcze mówić  per "ludzie Kościoła", czy raczej należy mówić o "piątej kolumnie", działającej w ramach kościelnych struktur? Trudno sądzić ludzkie sumienia, ale artykuł  Matta Abbotta, z którego m.in. czerpałem informacje do tego wpisu, nosi tytuł Weakland's demons. I chyba coś jest na rzeczy.   

sobota, 29 sierpnia 2009

Amisze, katolicy i kwestia taktyki

W maju bieżącego roku wielu amerykańskich katolików protestowało przeciw uhonorowaniu Baraka Obamy tytułem doktora honoris causa katolickiego Uniwersytetu Notre Dame. Jednak ceremonii jednoznacznie sprzeciwiło się tylko 70 biskupów (na 230). Być może ten fakt jest kluczem do zrozumienia dlaczego w ogóle doszło do wspomnianego wydarzenia.

Ostatnio więcej światła na sprawę rzucił arcybiskup Michael J. Sheehen z archidiecezji Santa Fe. W
jednym z wywiadów
stwierdził, że większość biskupów była wręcz przerażona skalą protestów. Są oni bowiem przekonani, że Kościół nie powinien izolować się od Ameryki poprzez radykalizację zachowań i protestów w sprawie “aborcji”. Hierarcha twierdzi, że radykalna taktyka “wojowniczej mniejszości” sprawi, że katolicy będą w Stanach Zjednoczonych postrzegani, jak amisze. Właściwa taktyka zaś polega – krótko pisząc - na współpracy i dialogu. (Kwestia ewangelicznego bycia “znakiem sprzeciwu”, jak widać nie wchodzi w grę).

Jeden z internautów komentując tę wypowiedź trochę ironicznie, trochę z goryczą, podziękował abp Sheehenowi. Za co? Za to, że pozwolił mu uświadomić sobie jeszcze raz, że nie ma już nadziei dla Kościoła.

Politykę bycia “letnim” w ciekawy sposób skrytykowali również nie tak dawno dwaj publicyści Eric Guinta i Eugene Cuningham. Autorzy stwierdzili (prowokująco), że tak jak dzisiaj Kościół oskarżany jest o milczenie w sprawie nazizmu, Holocaustu i generalnie o wiele innych nieszczęść ludzkości, tak za sto lat zostanie oskarżony przez historyków nie tylko o milczenie w sprawie zabijania nienarodzonych, ale również o podejmowanie w tym kierunku konkretnych działań. Jako przykład takiej postawy podali właśnie między innymi spolegliwość biskupów w sprawie Notre Dame. (Podkreślmy, że uczelnia oficjalnie nie ucierpiała na swojej katolickiej tożsamości, a rektor nie stracił posady. )

Inną poszlaką, która może za sto lat pomóc historykom wskazać katolików jako winnych rozpowszechniania dzieciobójstwa, będzie to, że statystyczny, amerykański katolik na przełomie XX/XXI wieku głosował za zabijaniem nienarodzonych. Na dodatek stanowisko pro-life jest dalekie dla wielu nominalnie katolickich polityków, jak: Joe Biden, Mario Cuomo, Barbara Mikulski, Christopher Dodd czy zmarły Edward Keneddy.

Ten ostatni, jak na “przykładnego katolika” przystało popierał finansowanie przez podatnika eksperymentów na embrionach (11 kwietnia 2007), głosował za przyznaniem 100 milionów dolarów na rozwinięcie kompleksowej edukacji seksualnej i dostępności środków antykoncepcyjnych dla młodzieży (17 marzec 2005), sprzeciwiał się utrzymaniu zakazu aborcji na terenie baz wojskowych (20 czerwca 2000) czy zakazowi klonowania ludzi (11 lutego 1998).

Biorąc pod uwagę te fakty – można chyba przyznać rację wspomnianym publicystom. Historycy będą mieli stosunkowo łatwe zadanie, by oskarżyć katolików o kolejną zbrodnię! I pomyśleć, że cała sprawa to wynik “taktycznego nieporozumienia”. Katolicy bowiem (a w tym część biskupów) mieli dobre intencje - nie chcieli upodobnić się do amiszów. Ale dobrymi intencjami - wiadomo... co jest wybrukowane.

piątek, 29 maja 2009

Czy dżinsy są do zbawienia koniecznie potrzebne?

“Teraz już nie ma ani dziecka, ani kobiety, ani mężczyzny, ani robotnika, ani profesora, gdyż teraz wszyscy jesteśmy jednością ... w dżinsach. ” Tak najlepiej można wyrazić pewną ideę, parafrazując znany werset z Listu do Kolosan.

Ale po kolei. Na frontonie jednego z brytyjskich kościołów powieszono figurę Chrystusa w dżinsach. Jak nietrudno się domyślić, to jeszcze jeden z tych genialnych postępowo-pasterskich pomysłów, mających przybliżyć Zbawiciela “współczesnemu światu”. Po ulicach snują się bowiem miliony dżinsowatych osobników, którzy nie rozumieją “cierpiętniczego Chrystusa” w powłóczustych szatach. Teraz, gdy ubrano Go w modne spodnie ma być bardziej zrozumiały dla mitycznego, “współczesnego człowieka”. Ten nieskomplikowany sposób myślenia może porażać i poraża, ale niestety jest faktem.

“Blue Jeans” to nie tylko przejściowa moda, to także wyraz pewnej filozofii życia, zmaterializowane odbicie określonych idei społecznych. W zamierzchłych czasach komunizmu, młódź kupując na bazarze “Levi Straussy” czy “Wranglery”, nie tylko chciała być modna, ale równocześnie kontestowała komunizm. Co oczywiście jest zabawne i zarazem infantylnie urocze, gdyż marksistowsko-sartrowscy studenci, robiąc rewolucję w 1968 roku, uczynili z kontestacyjnych portek symbol walki nie z komunizmem, ale z patriarchalno-katolickim światem.

Błekit dżinsu stał się jednym z symboli i zarazem reklamowych gadżetów “rewolucji rozczochrańców”. Jak zauważa amerykański publicysta M.T. Horvat, noszone niezależnie od wieku, płci, statusu społecznego miały być wyrazem globalnej rewolucji, wszechświatowego zjednoczenia ponad podziałami.

Św. Ambroży mawiał, że “stan umysłu rozpoznaje się ze stanu ciała”. Mechanizm ten potwierdza współczesna psychologia zachowań niewerbalnych. To jak się ubieramy, zachowujemy, wpływa na sposób naszego myślenia. Nie ma w tym wielkiej filozofii. Człowiek nie znosi sprzeczności pomiędzy postawą zewnętrzną, a wewnętrznymi poglądami. Czuje się wtedy rozdarty. Pojawia się naturalna tendencja do przywrócenia spokoju: albo zmodyfikuje zachowania, albo zmodyfikuje poglądy. Jeśli zatem uda się narzucić mu określone zachowania czy mody, będzie starał się tak zrekonstruować swój światopogląd, by pasował do tego, jak wyraża siebie na zewnątrz.

Wpływ sposobu ubierania na przyszłą formację człowieka może nie jest kluczowy (nie można przesadzać), ale na pewno ważny. Nikt dziś przecież nie neguje wpływu stroju na delikatne formowanie gustów i moralnych smaków młodzieży. Konserwatyści domagają się, aby w szkołach uczniowie chodzili w jednolitym stroju, który podkreśla ich status uczniowski, a także pewną pokorę wobec świata. Lewica, liberałowie i anarchiści chcą zaś “różnokolorowej, tęczowej młodzieży” (inny symbol rewolucji “kinder cwietów”), by wyrazić w ten sposób równoprawność rozmaitych poglądów i otwartość na relatywizm moralny. Tym samym jedni i drudzy zgodnie doceniają znaczenie ubioru w formowaniu przyszłych pokoleń.

W cywilizacji łacińskiej strój odpowiadał pozycji społecznej, płci, wiekowi. Podkreślał istnienie pewnej harmonii społecznej, ładu, który Rewolucja usiłuje zniszczyć. Dżinsomania i generalnie prymitywizm w dziedzinie mody jest jednym z aspektów tych działań. Ot, jeszcze jedna bezwonna trucizna, która z jednej strony wpływa na ludzi ciągnąc za sobą symbole Rewolucji, z drugiej – wpisuje się w pewien utylitarno-wygodniacki kanon myślenia o życiu, który w konsekwencji sprzyja postępowym ideom. Na przykład, nauczyciel czy profesor, rezygnując z powagi swojej funkcji i ubierając się do pracy tak jak do garażu czy na działkę, tj. “dżinsowato”, w konsekwencji nie różni się pod tym względem od swoich wychowanków. Robi się wtedy bardzo demokratycznie, równościowo. W takich warunkach łatwiej kwitną idee praw ucznia, bezstresowego wychowania itp.

Nie oznacza to oczywiście, że każdy dżinsowiec jest kryptokomuchem (zdrowy rozsądek zawsze się przydaje). Niemniej lekceważenie dżinsomanii czy innych współczesnych mód jest przejawem dosyć naiwnego sposobu myślenia. Nie ulega bowiem wątpliwości, że mody niepostrzeżenie kształtują umysły i zmieniają obyczaje oraz moralność.

Paradoks pomysłu brytyjskiego proboszcza polega zatem na tym, że ubierając Chrystusa w dżinsy nie gromadzi on wiernych wokół Ukrzyżowanego, ale wokół pewnej lewackiej utopii, która w konsekwencji negatywnie wpływa na katolików. Przy okazji włącza Zbawiciela w działania piarowskie na rzecz Rewolucji. A przecież dżinsy nie są do zbawienia koniecznie potrzebne.

Dodaj artykuł do: wykop.pl

czwartek, 28 maja 2009

Spór o "katolicką" rewolucję seksualną

Amerykański teolog Christopher West udzielił na początku maja wywiadu amerykańskiej telewizji ABC, w którym wymienił "dwóch herosów" rewolucji seksualnej w XX wieku. Za jednego z nich uznał Hugh Hefnera (założyciela magazynu "Playboy"), za drugiego… Jana Pawła II. Wypowiedź Ch. Westa skrytykowała m.in. dr Alice von Hildebrant – wdowa po słynnym filozofie.

Ch. West zajmuje się katolicką etyką seksualną i popularyzuje tzw. "teologię ciała". Sprzedał łącznie ok. 1 mln egzemplarzy książek i 3 mln płyt CD z nagraniami na ten temat. ABC pokazało siedmiominutowy wywiad określając rozmówcę, jako "nieprzeciętnego, seksualnego terapeutę".
Teolog mówi w swoim interview między innymi o tym, że należy odnowić chrześcijańską wizję seksualności, a związek mężczyzny i kobiety na Ziemi określa jako "przedsmak" i "echo wiecznej ekstazy, która czeka nas w Niebie."

H. Hefner (założyciel pisma "Playboy") i Jan Paweł II mieli wspólnie wyzwalać ludzkość z niewoli purytanizmu i manicheizmu. Dlatego chrześcijanie nie mogą wycofać się z rewolucji seksualnej – stwierdza amerykański "teolog ciała" w telewizji ABC.

Niedługo po tej wypowiedzi Ch. West zaczął tłumaczyć się ze swoich poglądów. W wywiadzie dla Catholic News Agency prostował, iż ABC wyakcentowało sensacyjne aspekty jego wypowiedzi, montując siedmiominutowy film z dwóch godzin rozmów. W zasadzie jednak nie wycofał się z przedstawionych tam poglądów, korygował tylko kwestie szczegółowe i przedstawiał zagadnienia z perspektywy swojej "teologi ciała".

Wyjaśniał na przykład, że w audycji nie ukazano szerszego kontekstu jego wypowiedzi o Hefnerze i Janie Pawle II. Założyciel "Playboya" nie był dla niego bohaterem, ale jedynie walczył przy pomocy swojego pisma z hipokryzją Amerykanów oraz ich purytańskim i manichejskim dziedzictwem. Hefner postawił dobrą diagnozę, ale zastosował złe rozwiązanie.
Z kolei Jan Paweł II również zwalczał purytanizm i manicheizm, ale robił to przy pomocy godziwych środków. Ojciec Święty, walcząc z manicheizmem odrzucał niemoralne zachowania, nie zapominając o ludzkiej godności. Ch. West posłużył się następującym obrazem: pruderyjność odrzuciła ciało, a wyzwolenie w wersji Hefnera doprowadziło do "wytarzania ciała w błocie". Chodzi zaś o to, by je wykąpać.

W odpowiedzi dr Alice von Hildebrand, wdowa po słynnym filozofie, emerytowana profesor Hunter College w University of New York, poddała krytyce jego "teologię ciała". W wypowiedzi dla Catholic News Agency uznała Westa za zbyt pewnego siebie. Stał się on popularny ze względu na atrakcyjność tematu i przy okazji stracił wrażliwość oraz ostrość spojrzenia – stwierdziła. Mówi on bowiem o sferze intymnej używając słów pozbawionych szacunku; o rzeczach poważnych – niepoważnym, wulgarnym językiem. I choć ma dobre intencje – robi wiecej szkód.
"Iluzją jest twierdzić, że przez jakieś nowe techniki, znajdziemy rozwiązanie problemu" – zauważa dr A. v. Hildebrant. Problemem amerykańskiego teologa jest również to, że pomija on w swojej twórczości pewien istotny problem. Znajomy kapłan opowiadał wdowie po Hildebrancie, że 90 proc. mężczyzn spowiada się z cudzołóstwa. Co jest dowodem, że wspomniana tematyka wymaga pokory, bojaźni i akcentowania wstrzemięźliwości, a nie "rewolucji". Zmysłowość i pożądliwość to bowiem potężne siły, z którymi nie można igrać.

Wzmianki o Hefnerze uważa zaś za wstrętne. Wzniosłe nauczanie Jana Pawła II o teologii płciowości zostało bowiem sprowadzone do poziomu "Playboya" – podkreśla dr A. v. Hildebrant.
Tak skrótowa wygląda ta polemika. Powyżej przedstawiłem tylko główne tezy dyskusji. Konkludując: główny zarzut postawiony przez dr A. v. Hildebrant wobec poglądów Ch. Westa sprowadza się do tego, że usiłuje on ochrzcić rewolucję seksualną, która ze swej istoty opiera się na obsesji płci i "tych spraw". Takie ochrzczenie nic nie zmienia z istoty owej rewolucji. Obsesja pozostaje obsesją. Zmysłowość i pożądliwość trzeba bowiem przede wszystkim opanowywać (nie mylić z tłumieniem) i kontrolować, a nie uwalniać i to na dodatek rewolucyjnie.