Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 października 2010

Zoologiczny antyfeminizm?

W codziennej poczcie dostałem link do pewnego filmu na YouTube. Na pewno nie wszyscy go widzieli, dlatego zdecydowałem się na umieszczenie go na blogu. Film stanowi przykład typowo angielskiego poczucia humoru, ale uwaga - może obrazić uczucia religijne feministek! Mam jednak nadzieję, że kobiety, które nie czują się feministkami, nie potraktują go zbyt serio. Zwłaszcza, że posiada on drugie dno i tak do końca nie jest pewne z kogo autorzy się nabijają.



wtorek, 6 kwietnia 2010

Nie tylko idee mają konsekwencje

Richard Weaver w znanej książce pt. “Idee mają konsekwencje”, zwrócił uwagę, że wszelkie zmiany w życiu społecznym mają źródło w błędach intelektualnych popełnionych przez myślicieli. Słowem - najpierw w ludzkich umysłach rodzą się koncepcje poznania, antropologii czy kwestii etycznych, a  dopiero w ich następstwie przychodzą zmiany w obyczajach i rewolucje społeczne.

W sumie trudno się z tym nie zgodzić. Przyjmuje się zatem, że przyczyną współczesnego bałaganu zwanego “społeczeństwem postmodernistycznym” czy bardziej dosadnie - “demoliberalizmem” (jak go zwał tak go zwał) jest średniowieczny nominalizm w filozofii i idee oświeceniowe. Czy jednak oprócz intelektualnych korzeni rewolucji nie działa tu także pewien dodatkowy mechanizm je napędzający?

Weźmy dla przykładu feminizm. Gdyby literalnie trzymać się głównej tezy Weavera, to ideologia ta musiałby najpierw powstać w umysłach ideologów(-żek), a dopiero później objawić się w praktyce. Można jednakże śmiało postawić tezę, że feminizm pojawił się pierwotnie w postawach i zachowaniach niektórych kobiet, a dopiero później został opisany jako ideologia.  U jego źródła nie leżała więc jakaś wysublimowana, intelektualna koncepcja, lecz zwykła ludzka słabość, którą w języku etyki klasycznej i teologii moralnej określa się mianem próżności i lenistwa.

Podobnie z innymi rewolucjami socjalistycznymi. Ot, chłop czy robotnik zazdrościł panu czy przedsiębiorcy, że jest bogatszy i, że nie musi jak on ciężki pracować. Jeśli na dodatek nierozumny pan czy przedsiębiorca drażnił go, traktował “z buta”, wykorzystywał, bo był zwyczajnie chciwy i  próżny (nie mówię że każdy, ale bywało i tak), to tym samym wywoływał niezadowolenie i przygotowywał podkład pod przyszłą rewolucję. Kwestią czasu było pojawienie się jakiegoś Marksa, który w formie ideologii wykorzystał to niezadowolenie.

Jak widać, u podstaw rewolucji leży zwykła słabość, wada, by nie rzec wprost – zaniedbanie wychowawcze. One stanowią glebą, na której ideolodzy budują swoje koncepcje. Żeby wszystko wyglądało bardzo mądrze biorą na przykład coś z Platona, doprawiają Rousseau, Kantem czy jakimś współczesnym postmodernistą. Dodatkowo tworzą hermetyczne, niezrozumiałe dla przeciętnego człowieka słownictwo - i gotowe. Później już tylko wystarczy skutecznie lansować daną ideę, dążąc do krwawej rewolucji, albo miękko – jak to się ostatnio odbywa - wchodzą w społeczeństwo “demokratycznie”, ustanawiając prawa sankcjonujące daną ideologię.

Wracając do Weavera. Jak to w końcu jest, czyżby amerykański myśliciel się mylił? Czy u źródeł przemian społecznych leży ludzka słabości, a nie błąd intelektualny? Wydaje się, że w praktyce jedno z drugim się przeplata i czasami trudno dociec, co było pierwsze. Z jednej strony “idee rzeczywiście mają konsekwencje”, tzn. Kant stworzył Hegla, Hegel - Marksa, a Marks - Stalina. Z drugiej – poglądy przynajmniej niektórych filozofów mogą wiązać się z ich duchowymi ułomnościami, wtedy w stworzonych przez siebie systemach myślowych podświadomie usprawiedliwiają własne słabostki. Najbardziej jest to widoczne w przypadku rewolucjonistów społecznych. Jeśli ktoś na przykład nawołuje do “wyzwolenia seksualnego”, to trudno spodziewać się, żeby w prywatnym życiu był ascetą.

 Nie znaczy to, że nie ma mędrców niezależnych, których myśleniem nie kieruje “historia ich serca”, jak mawiał Fichte. Filozof opisujący świat realny nie zajmuje się wymyślonymi ideami. (patrz: Filozoficzna Szkoła Lubelska o. prof. M.A. Krąpca). W ten sposób oddala od siebie niebezpieczeństwo manipulacji “myślą” i wykorzystywania jej do celów politycznych. Równocześnie minimalizuje niebezpieczeństwo popełnienia błędu stricte filozoficznego, który mógłby sprowadzić nieszczęście na ludzkość. Zajmując się bowiem światem realnym, nie tworzy górnolotnych fikcji, lecz wszędzie poszukuje prawdy i dobra.

Błąd intelektualny leży zatem u podstaw niektórych systemów filozoficznych i przynosi ze sobą określone konsekwencje (mam na myśli np. kantyzm). Ale u podstaw  rewolucyjnych ideologii społecznych zawsze leży ludzka słabość. Stąd płynie wniosek, że z ideologiami należy walczyć nie tylko na poziomie intelektualnych argumentów. Zawsze należy pamiętać, że często są one jedynie pochodną indywidualnych słabości ludzkich. Dlatego najlepszym rozwiązaniem problemu rewolucji społecznych jest większe skoncentrowanie się na wychowywaniu człowieka i powrót do pedagogii klasycznej, formującej cnoty i charakter. W wyniku tych działań rewolucja sama ustąpi.

Jak choroba po zaaplikowaniu odpowiedniej dawki leku.

poniedziałek, 8 marca 2010

Pomysł na feministyczne opowiadanie

Bohaterką jest feministyczna bojowniczka o "reproduktywne prawa kobiet". Jej życie to "manify", pikiety, udział w  zebraniach, komitetach i podkomisjach. Mieszka z matką, dawną działaczką komunistyczną, która w młodości - tak  jak córeczka - była również "wyzwolona". Zabiła trójkę swoich dzieci.  Córeczka też zostałaby "usunięta", lecz mamuśka długo wahała się. W końcu rzuciła monetą i wyszło, że ma urodzić. Tak też zrobiła.  

Gdy 8 marca 20..... r. córeczka-feministka wróciła z "manify" wywiązała się rozmowa między dwiema kobietami.  W pewnym momencie matka w przypływie szczerości wyznała córce w jaki sposób ocalała. 

Ta początkowo odpowiada sloganem: "-Miałaś do tego prawo, mogłaś robić to, co uważałaś za słuszne". Jednak później uświadamia sobie, że śmierć przeszła obok niej,  że urodziła się przez przypadek. Przyżywa to bardzo głęboko, można by rzec, ta prawda przenika jej jestestwo i zmusza do działania.

Dalej opowiadanie może rozwijać się trójwariantowo. Pierwszy wariant: dziewczyna wpada w depresję - połyka prochy, odkręca gaz itp. Drugi wariant: przechodzi przemianę duchową - traci wiarę w feminizm i w kobiece prawa do zabijania dzieci; staje się żarliwą działaczką Pro life. 

Jest jeszcze trzeci wariant. Nasza feministka pod wpływem  tych zdarzeń oraz swoich radykalnych poglądów dostaje "pomieszania zmysłów". Dochodzi do wniosku, że skoro jej matka próbowała zabić - ją, działaczkę feministyczną, to prawdopodobnie uczestniczy ona w zakrojonym na szeroką skalę spisku prawicowo-seksistowskim.

W wyniku obłędu zostaje zamknięta w psychiatryku. Lekarzy w sposób szczególny interesuje jej przypadek. Specjalną aparaturą skanują  mózg kobiety i odkrywają miejsce, które jest ogniskiem poglądów antypatriarchalnych. W ramach prekursorskiej operacji wycinają je i nasza działaczka raz na zawsze zostaje uwolniona od skłonności do wyznawania poglądów feministycznych.

Wszystko zatem kończy się dobrze. Kobiecina żyje długo i szczęśliwie, zmywając gary w kuchni.

PS. Jeśli nikt jeszcze czegoś podobnego nie napisał (nie jestem na bieżąco z polityczną fikcją literacką), to zachęcam do skorzystania z pomysłu i jego twórczego rozwinięcia. A dla odzyskania równowagi polecam książkę Ingrid Trobisch pt. "Być kobietą"
  

poniedziałek, 7 września 2009

Apologia Starszej Pani

Matka w rodzimej kulturze była niezwykle ważną personą. Czczona i całowana po rękach cieszyła się wyjątkowym pietyzmem. W nowej Polsce, gdzie w cenie przede wszystkim młodość i uroda, straciła na prestiżu. Szczególnym rodzajem pogardy obdarzany jest pewien rodzaj matki czy babci nazywany pogardliwie “moherem”.

Gdzie jej równać się z “młodą, wykształconą z wielkiego miasta”, która na bieżąco śledzi wszystkie “trendy”, studiuje modne kierunki i – co tu dużo pisać – jest atrakcyjniejsza medialnie. We współczesnej kulturze obrazkowej, to ona wiedzie prym i to ona znajduje się na telewizyjnym świeczniku.

Dwa obrazki

Obrazek 1: Starsza kobieta wspomina w Radiu Maryją dziecięcą przygodę z Powstania Warszawskiego.

„Gdy byłam małą dziewczynką (miałam 11 lat), jak to dziecko wyrwałam się matce i pobiegłam na sąsiednie podwórko. Spoza krzaków obserwowałam jak esesmani powiesili dwóch młodych chłopców (16-17 lat), później grali polską czapką wojskową w piłkę. Nie wytrzymałam. Podbiegłam i wyrwałam im tę czapkę. Byli tak zaskoczeni, że zanim ruszyli za mną w pościg ja im zniknęłam w zaułkach ruin miasta. Potem byłam w kościele, który był wyłożony zabitymi ludźmi Widziałam też jak ktoś wydał Niemcom polskiego powstańca, który został przez nich rozstrzelany” (wypowiedź zacytowana skrótowo i z pamięci).

Obrazek 2: Akcja dzieje się w pociągu relacji...mniejsza z tym.

Paniusia ok. trzydziestki. Przez cały czas podróży nie rozstaje się z telefonem. Głos specyficzny, trajkotliwy. Z tego co trajkocze wynika, że skończyła chyba wszystkie modne kierunki studiów: informatykę, prawo i podyplomową bankowość. Narzeka na jakość klubów nocnych w mieście X. Lubi politykować. Naśmiewa się z prawicy i oburza na Radio Maryja. Komentuje przejeżdżające miejscowości: „dziura”. „pokomunistyczne budynki”, “prowincja”. A zaraz potem coś o koleżance, która żyje z jakimś facetem, a już dawno powinna go zostawić. Od czasu do czasu rzuca okiem na leżącą przed nią “Machinę”. Jednak szybko nudzi się i zaraz wraca do ukochanego telefonu.

Wątpliwa wyższość “paniusi”

Powyższe zestawienie jest wynikiem spontanicznej obserwacji tych dwóch kobiecych typów. Widać z niego, że domniemana wyższość kulturowa - egoistycznej, zapatrzonej w siebie trzpiotki, od doświadczonej, styranej życiem kobiety, jest mocno wątpliwa. Wiedza na temat nowych technologii, prawa, bankowości nie przekłada się przecież na mądrość życiową w klasycznym rozumieniu. Czy paniusia z pociągu widziała z bliska śmierć? Grozę wojny, która zmienia perspektywę patrzenia na życie? Czy jest w stanie poświęcać się dla innych? Czy doświadczyła rozczarowań miraży życiowych jakimi mami ludzi młodość? Kto zatem wart jest większego zaufania: zakompleksiona “młoda-stara” panna (singielka), czy starsza kobieta z instynktem lwicy (w pozytywnym znaczeniu tego słowa)?

Nie ulega wątpliwości, że w sensie moralnym i mądrościowym młodsza nie dorównuje starszej. Jej wybory religijne i polityczne są o wiele mniej wiarygodne, bo nie opierają się na naturalnej mądrości płynącej z doświadczenia życiowego, podpartego cierpieniem i modlitwą. Wbrew pozorom to właśnie “młode, wyzwolone” łatwiej poddają się obróbce medialnej przez publikatory. To w ich zachowaniu widać bezkrytyczną akceptację mód i trendów społeczno-politycznych. A niekiedy - pomimo wykształcenia - zadziwiające luki w wiedzy.

Starsze, wbrew temu co się mówi, swój podstawowy wybór społeczno-religijny dokonują w sposób całkowicie świadomy. Nikt przecież nie zmusza je do słuchania Radia Maryja (z którym są zazwyczaj kojarzone). To one wykonują ten pierwszy, całkowicie świadomy krok (pomimo uśmiechów i docinków rodziny), jakby przeczuwając, że tam jest najbliżej prawdy.

Gwoli sprawiedliwości - i one nie są bez wad. W dążeniu do celu bywają uparte i zaborcze, czasami bezkrytyczne w swych wyborach politycznych. Niemniej takie zachowanie jest z psychologiczno-racjonalnego punktu widzenia usprawiedliwione. Silne poczucie upływającego czasu sprawia, że nie chcą tracić go na analizę wysublimowanych koncepcji politycznych i pragną jak najprostszą drogą osiągać cele, które w perspektywie życia ich dzieci i wnuków wydają im się istotne.

* * *

“Moje przekonania są przekonaniami starej kobiety, która w kącie kościoła mamrocze swoje pacierze” – pisał N. G. Davilla. Z jednej strony czysta, ufna wiara i pewność tej kobiety, z drugiej jej młoda, gniewna wnuczka czy córka, tracąca czas na “bunty”, “nowoczesność” i “wyzwolenie”. Jednak dopóki Starsza Pani szepcze w Kościele swoje pacierze jest szansa, że Młoda, kiedyś mimo wszystko zajmie jej miejsce.

niedziela, 12 lipca 2009

Kołchoz jako feministyczny ideał

„Co się tyczy samych kołchoźnic, to powinny one pamiętać o sile i znaczeniu kołchozów dla kobiet, powinny pamiętać, że tylko w kołchozie mogą stanąć na równej stopie z mężczyzną. Bez kołchozów – nierówność, w kołchozach – równość praw. Niechaj pamiętają o tym towarzyszki kołchoźnice i niechaj strzegą ustroju kołchozowego jak oka w głowie...- Józef W. Stalin (cyt. za: Marks, Engels, Lenin i Stalin O wyzwoleniu kobiet i jej roli w walce o socjalizm, W-wa 1953)

Stalin niewątpliwie miał rację. Kołchoz stwarza dogodne warunki dla realizowania idei równości płciowej. W kołchozie kobieta nie znajduje się już pod bezpośrednim wpływem i władaniem mężczyzny, tak jak w rodzinie. W kołchoźnianej oborze czy na polu nie obowiązują patriarchalne prawa, mające swe “skażone źródło” w religii i tradycji. Dowodem, że w nowych warunkach niewiasty szybko zmieniają swój status społeczny są inne słowa Stalina: “...około 6 tysięcy kobiet kołchoźnic jest obecnie [w roku 1934 – dop. autor] przewodniczącymi kołchozów, przeszło 60 tysięcy – członkiniami zarządów kołchozów, 28 tysięcy brygadzistkami, 100 tysięcy – kierowniczkami ogniw, 9 tysięcy – kierowniczkami kołchozowych farm towarowych, 7 tysięcy – traktorzystkami” (cyt. j.w.). Dane przedstawione przez tow. Józefa Stalina świadczą niezbicie, że kołchoz był miejscem autentycznego wyzwolenia kobiet i krokiem milowym na krętych drogach postępu.

Można zatem przyjąć, iż sukces idei równouprawnienia kobiet ma szansę powodzenia jedynie w warunkach zbliżonych do kołchozowych, tzn. gdy kobieta zostanie odcięta od wpływów rodziny i w ramach innej, nowej instytucji, ustanowi się prawa, wolne od patriarchalnych obyczajów. Można też zmieniać samą rodzinę, emancypować itd. I to się robi. Ale w ramach rodziny zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że za zamkniętymi drzwiami domowych pieleszy mężczyzna będzie chciał ograniczać wolność kobiety. Dlatego bezpieczniej jest ustanowić coś w rodzaju “kołchozu”, w którym wolności i prawa będą stanowione i kontrolowane przez odpowiednie instytucje.

Oczywiście pojęcie “kołchozu” ewoluuje i w czasach współczesnych znaczy już coś innego, niż w latach trzydziestych ubiegłego wieku w Kraju Rad. Niemniej ze względu na zasługi dla emancypacji kobiet kołchoz może śmiało symbolizować pewien wolnościowy ideał, by nie rzec - feministyczny Eden.