Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja seksualna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja seksualna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 października 2009

O. Knotz i “rewolucja seksualna” w Kościele

O. Knotz wydaje książki w nakładach, o których inni autorzy mogą tylko pomarzyć. Rozpisują się o nim zagraniczne i rodzime media. Popularność zawdzięcza nośnemu tematowi związków męsko-damskich oraz tzw. otwartej formie mówienia o nich.

Natychmiast nasuwa się pytanie: dlaczego święci i nauczyciele Kościoła nie byli aż tak “otwarci” na dyskusję o sprawach płciowości? Dlaczego generalnie dominowała u nich daleko idąca powściągliwość? Czy to ma świadczyć o ich manicheistycznych skrzywieniach (często taki absurdalny zarzut wysuwa się w stronę Kościoła)? Hipokryzji? Czy też sprawa ma głębsze dno?

Nauczanie Kościoła w omawianym temacie opiera się na przesłaniu ewangelicznym, a w warstwie filozoficzno-etycznej na czymś, co można by określić: realistyczną etyką płciową. Na przykład, w wychowaniu młodzieży akcentuje się znaczenie silnego charakteru i opóźniania rozbudzenia seksualnego, między innymi przez chronienie młodzieży przed deprawującymi obrazami. Takie podejście nie wynika z hipokryzji czy staroświeckości, lecz z realizmu i zdawania sobie sprawy z siły popędów. Tu nie ma miejsca na złudzenia, że dzięki samemu uświadomieniu seksualnemu (“przemawianiu do popędów”) można nad nimi zapanować. Do popędów się nie przemawia, popędy się opanowuje, poprzez pracę nad charakterem i wyrabianie określonych cnót.

Postulat panowania nad popędami obowiązuje także w odniesieniu do dorosłych. Dlatego w mówieniu o “tych sprawach” (w poradnictwie) wskazana jest roztropność i powściągliwość. Zbytnie koncentrowanie się na seksualności, ciągłe roztrząsanie “zagadnień szczegółowych”, tzw. “obalanie mitów”, sprzyja rozpalaniu wyobraźni. I choć o. Knotz porusza tematy w obrębie małżeństwa, to operuje w delikatnej materii, która łatwo może wymknąć się spod kontroli.
.
Mechanizm działania popędów i pokus jest bowiem taki sam dziś, jak przed wiekami (zwracał na to uwagę filozof Dietrich von Hildebrant). Czym bowiem różni się ludzka natura w XXI wieku od tej z V w. przed Chrystusem czy z XIII wieku po Chrystusie? Człowiek wymaga zawsze takiej samej pedagogii, a “duch czasów”, na którego otwiera się o. Knotz, bynajmniej nie ucisza ludzkich popędów. Jest raczej wyrazem pewnego trendu kulturowego, który objawia się frywolną otoczką w traktowania spraw płciowości. Widać to w dyskusjach światopoglądowych, modach, obrazach medialnych, reklamowych itp. Ów “duch” działa negatywnie na ludzką naturę, tzn. nie pomaga w opanowaniu sfery płciowości, lecz stymuluje do działań wątpliwych moralnie. Dlatego otwieranie się na niego, nie jest niczym innym, jak po prostu otwieraniem na te działania. Nie ma to nic wspólnego z racjonalnym dostosowywaniem się do ludzkiej natury, lecz prowadzi do jej wypaczenia

Przypomnijmy raz jeszcze: ludzka natura się nie zmienia. Nadmierna koncentracja na sprawach płciowości, nadawanie im priorytetów (tylko dlatego, że są priorytetami liberalnych społeczeństw i jej “kultury”), powielanie jej dosadnego języka, to przejaw wchodzenia w znane już kolejny.

W obronie zakonnika mógłby ktoś powiedzieć, że to media sztucznie roztrząsają tematy podejmowane przez Niego, a On sam nie ma większego wpływu na zawieruchę medialną wokół swojej osoby. Ale tak nie jest. Ojciec Knotz dosyć często i chętnie udziela się w mediach i tym samym wpisuje się w liberalną formułę, wedle której seks ma być jakimś nadzwyczajnym wymiarem ludzkiej egzystencji i, że wszystko inne jest tylko dodatkiem do niego.

Przy czym o. Knotz nie jest polskim odpowiednikiem Christophera Westa, który wprowadza “rewolucję seksualną" w Kościele amerykańskim. Jego podejście wydaje się być bardziej wyważone. Niemniej to co robi jest bez wątpienia rewolucją, a rewolucje wymagają ofiar.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

O jakości powietrza w polskich szkołach

We wrocławskich szkołach dzieci z ADHD mają pracować z asystentem. Taki asystetnt będzie siedział w ławce razem z uczniem i wspomagał pracę głównego nauczyciela. Pieniądze na projekt wyłożyła Unia Europejska. Ta sama, która ma wyłożyć 4 mln euro na badanie jakości powietrza w polskich szkołach. Jakość powietrza rzecz ważna. Gdy atmosfera robi się gęsta pracuje się znacznie gorzej. Nie mówiąc już, że coś wisi w powietrzu.

Warto zwrócić uwagę, że działania Unii są tu niekonsekwentne. Z jednej strony komisarze chcą odświeżyć powietrze w szkołach, a z drugiej - robią wszystko, by to powietrze nie było najwyższej jakości. Rzucając bowiem kasę na asystentów dzieci nadpobudliwych doprowadzą w końcu do zwiększenia zaduchu w klasach. Zdecydowana większość dzieciaków jest dzisiaj bowiem dziwnie pobudzona i potrzebuje dodatkowych nauczycieli (i to najlepiej nie jednego, ale dwóch). Słowem – gdyby konsekwentnie przestrzegać zasady “dziecko plus asystent”, liczba osób psujących powietrze w danej klasie mogłaby się podwoić. Wyniki wspomnianych na wstępie badań nie byłyby rewelacyjne.

Atmosfera w szkołach może zagęścić się jeszcze z jednego powodu. Ministerstwo zmieniło przepisy o edukacji seksualnej. Do tej pory rodzice mieli obowiązek przedstawienia pisemnej zgody na pobieranie przez swoje pociechy nauki o seksie w szkole, teraz zaś z urzędu domniemuje się taką zgodę. Rodzice w osobnym piśmie muszą wyrazić swój sprzeciw. A że wielu opiekunom nie chce bawić się w papierologię (inna sprawa, że większość pewnie nie będzie zdawała sobie sprawy ze swych uprawnień), więc zgoda na szkolne nauczanie o płciowości stanie się powszechna. Tym samym w szkołach będzie nie tylko duszno, ale i “porno”.

Choć idą lepsze czasy dla dzieci nadpobudliwych oraz spragnionych wiedzy na temat seksu, to zdecydowanie gorzej będą się mieli cierpiący na nieuleczalne schorzenie zwane dyskalkulią (problemy z wyuczalnością matematyki). Ministerstwo nie załatwi im asystentów. Wręcz przeciwnie – zablokowało możliwość wydawania stosownych kwitów ułatwiających zdanie egzaminów z matematyki, co w perspektywie zbliżającej się obowiązkowej matury z tego przedmiotu zapewne budzi grozę wśród przyszłych abiturientów. (Próbowano też zablokować ulgi dla dyslektyków, ale po pierwszych, optymistycznych doniesieniach w “Rz”, pojawiły się pomruki niezadowolenia specjalistów i organizacji społecznych. W efekcie ministerstwo wymiękło, wydając oświadczenie “wyjaśniające”. A szkoda - przynajmniej raz mogło zapunktować).

Plusem blokady dyskalkulii jest to, że powietrze trochę się oczyści. Co prawda na co dzień będzie wciąż duszno, ale na egzaminach, gdy uczniowie zaczną wcześniej opuszczać sale, zrobi się całkiem znośnie.

wtorek, 2 czerwca 2009

"Cywilizowana" edukacja seksualna

Media podniosły ostatnio huczek, że rząd nie chce nakazać obowiązkowej edukacji seksualnej. Środowiska lewicowe zgrzytnęły zębami, że odmawia im się prawa do uczeniu cudzych dzieci seksu. Nawet postraszyły Strasburgiem. Powstały huczek wywołał wrażenie, jakoby nowe rozporządzenie ministerialne niczego nie zmieniło w kwestii uświadomienia płciowego. Ale to tylko sprytna sztuczka, na którą zwrócili uwagę tylko nieliczni publicyści. W istocie mamy bowiem do czynienia z przełomem.

Na czym polega ten przełom? Aktualnie rodzice mają obowiązek pisania specjalnych oświadczeń, że życzą sobie szkolnej seksedukacji swoich pociech. W praktyce – z uwagi na nieznajomość przepisu czy zwykłe lenistwo – niezbyt wielu rodziców spełnia ten wymóg. Teraz zaś będzie odwrotnie. Rozporządzenie tak skonstruowano, że domniemuje się, iż rodzice zgadzają się na “uświadomienie” (o ile pisemnie nie wyrażą innej woli). I jak dotąd nie pisano oświadczeń, tak i teraz będzie podobnie. W rezultacie “milcząca większość” zostanie rzucona na żer różnym "edukatorom". Sztuczka polega więc na niewinnej zmianie technicznej, która w rzeczywistości, z uwagi na ludzką mentalność, staje się zmianą fundamentalną.

Jednym z argumentów za wprowadzeniem seksedukacji do szkół jest “ucywilizowanie” tej sfery kształcenia. Przedstawiciel MEN w jednej z wypowiedzi mówił, że chodzi o to, by dzieci nie uczyły się o tych sprawach z Internetu, ale od fachowców. Można jednak zadać pytanie czym właściwie różni się cywilizowana edukacja seksualna od niecywilizowanej - internetowej czy koleżeńskiej?
Z całą pewnością jest to tylko różnica ilościowa, a nie jakościowa. Pokazywanie mniej ostrych obrazków, używanie mniej wulgarnego słownictwa, nie świadczy o różnicy “cywilizacyjnej”. W Cywilizacji Łacińskiej bowiem taka edukacja nie była praktykowana. Wprowadzając seksedukację do szkół nie zmienia się zatem cywilizacyjnego standardu w tym zakresie. Używanie więc argumentu z “ukulturalnienia” czy “ucywilizowania” mija się z celem, bo koniec końców jedno i drugie prowadzi do tego samego, czyli zrobienia z dzieci duchowej kloaki i do wcześniejszego rozbudzenia płciowego.

Przy czym warto podkreślić, że nawet edukacja “werbalnie-wstrzemięźliwościowa” w wielu przypadkach jest już dyskusją nad rozlanym mlekiem. Do popędów bowiem się nie przemawia, popędy się opanowuje. Tacy wychowawcy jak o. J. Woroniecki czy F. W. Foerster utrzymywali, że rzeczywiste formowanie tej sfery sprowadza się do podejmowania działań, prowadzących do pozostawienia zmysłowości jak najdłużej w stanie uśpienia, a w przypadku wcześniejszego rozbudzenia - na duchowej walce z pokusą, która powinna bazować na wypracowanych wcześniej cnotach.

W klasycznym ujęciu omawiana edukacja powinna zatem polegać na kształowaniu charakteru, modlitwie, sakramentach, unikaniu nudy, odstawieniu lub porządnej selekcji Internetu i telewizji (już słyszę ten krzyk), oczyszczenie sfery publicznej z golizny. Gdy tego się nie zrobi, to wychowanie płciowe wcześniej czy później sprowadzi się do antykoncepcyjnego instruktażu. W biblijnym języku - zgorszenia.

czwartek, 28 maja 2009

Spór o "katolicką" rewolucję seksualną

Amerykański teolog Christopher West udzielił na początku maja wywiadu amerykańskiej telewizji ABC, w którym wymienił "dwóch herosów" rewolucji seksualnej w XX wieku. Za jednego z nich uznał Hugh Hefnera (założyciela magazynu "Playboy"), za drugiego… Jana Pawła II. Wypowiedź Ch. Westa skrytykowała m.in. dr Alice von Hildebrant – wdowa po słynnym filozofie.

Ch. West zajmuje się katolicką etyką seksualną i popularyzuje tzw. "teologię ciała". Sprzedał łącznie ok. 1 mln egzemplarzy książek i 3 mln płyt CD z nagraniami na ten temat. ABC pokazało siedmiominutowy wywiad określając rozmówcę, jako "nieprzeciętnego, seksualnego terapeutę".
Teolog mówi w swoim interview między innymi o tym, że należy odnowić chrześcijańską wizję seksualności, a związek mężczyzny i kobiety na Ziemi określa jako "przedsmak" i "echo wiecznej ekstazy, która czeka nas w Niebie."

H. Hefner (założyciel pisma "Playboy") i Jan Paweł II mieli wspólnie wyzwalać ludzkość z niewoli purytanizmu i manicheizmu. Dlatego chrześcijanie nie mogą wycofać się z rewolucji seksualnej – stwierdza amerykański "teolog ciała" w telewizji ABC.

Niedługo po tej wypowiedzi Ch. West zaczął tłumaczyć się ze swoich poglądów. W wywiadzie dla Catholic News Agency prostował, iż ABC wyakcentowało sensacyjne aspekty jego wypowiedzi, montując siedmiominutowy film z dwóch godzin rozmów. W zasadzie jednak nie wycofał się z przedstawionych tam poglądów, korygował tylko kwestie szczegółowe i przedstawiał zagadnienia z perspektywy swojej "teologi ciała".

Wyjaśniał na przykład, że w audycji nie ukazano szerszego kontekstu jego wypowiedzi o Hefnerze i Janie Pawle II. Założyciel "Playboya" nie był dla niego bohaterem, ale jedynie walczył przy pomocy swojego pisma z hipokryzją Amerykanów oraz ich purytańskim i manichejskim dziedzictwem. Hefner postawił dobrą diagnozę, ale zastosował złe rozwiązanie.
Z kolei Jan Paweł II również zwalczał purytanizm i manicheizm, ale robił to przy pomocy godziwych środków. Ojciec Święty, walcząc z manicheizmem odrzucał niemoralne zachowania, nie zapominając o ludzkiej godności. Ch. West posłużył się następującym obrazem: pruderyjność odrzuciła ciało, a wyzwolenie w wersji Hefnera doprowadziło do "wytarzania ciała w błocie". Chodzi zaś o to, by je wykąpać.

W odpowiedzi dr Alice von Hildebrand, wdowa po słynnym filozofie, emerytowana profesor Hunter College w University of New York, poddała krytyce jego "teologię ciała". W wypowiedzi dla Catholic News Agency uznała Westa za zbyt pewnego siebie. Stał się on popularny ze względu na atrakcyjność tematu i przy okazji stracił wrażliwość oraz ostrość spojrzenia – stwierdziła. Mówi on bowiem o sferze intymnej używając słów pozbawionych szacunku; o rzeczach poważnych – niepoważnym, wulgarnym językiem. I choć ma dobre intencje – robi wiecej szkód.
"Iluzją jest twierdzić, że przez jakieś nowe techniki, znajdziemy rozwiązanie problemu" – zauważa dr A. v. Hildebrant. Problemem amerykańskiego teologa jest również to, że pomija on w swojej twórczości pewien istotny problem. Znajomy kapłan opowiadał wdowie po Hildebrancie, że 90 proc. mężczyzn spowiada się z cudzołóstwa. Co jest dowodem, że wspomniana tematyka wymaga pokory, bojaźni i akcentowania wstrzemięźliwości, a nie "rewolucji". Zmysłowość i pożądliwość to bowiem potężne siły, z którymi nie można igrać.

Wzmianki o Hefnerze uważa zaś za wstrętne. Wzniosłe nauczanie Jana Pawła II o teologii płciowości zostało bowiem sprowadzone do poziomu "Playboya" – podkreśla dr A. v. Hildebrant.
Tak skrótowa wygląda ta polemika. Powyżej przedstawiłem tylko główne tezy dyskusji. Konkludując: główny zarzut postawiony przez dr A. v. Hildebrant wobec poglądów Ch. Westa sprowadza się do tego, że usiłuje on ochrzcić rewolucję seksualną, która ze swej istoty opiera się na obsesji płci i "tych spraw". Takie ochrzczenie nic nie zmienia z istoty owej rewolucji. Obsesja pozostaje obsesją. Zmysłowość i pożądliwość trzeba bowiem przede wszystkim opanowywać (nie mylić z tłumieniem) i kontrolować, a nie uwalniać i to na dodatek rewolucyjnie.