Dawno temu czytałem opowiadanie Edgara A. Poe, w którym bohater panicznie obawiał się, że zostanie pochowany za życia. Cierpiał na taką przypadłość, która skutecznie wprowadzała w błąd lekarzy. Już nie pamiętam, jak zakończyło się tamto opowiadanie, doskonale jednak zapamiętałem jego atmosferę.
Tamte klimaty powróciły, gdy przeglądając nagłówki artykułów w swoim czytniku natrafiłem na historyjkę opisaną przez portal kreuz.net (tłumaczenie dosyć dowolne, raczej mój skrót z tej relacji).
wtorek, 28 grudnia 2010
czwartek, 23 grudnia 2010
Życzenia bez kartki świątecznej
Pomyślałem, że wrzucę kartkę świąteczną na bloga, aby zilustrować życzenia. Zacząłem szukać w Internecie. Okazało się, że niełatwo jest znaleźć kartkę chrześcijańską.
Przynajmniej na pierwszych miejscach w wyszukiwarkach wyskakują odnośniki do stron, które reklamują kartki o zgoła innej tematyce. Zazwyczaj są to obrazki z krasnalem przebranym za Mikołaja (nie da się napisać, że świętego)lub różne wersje "dam mikołajkowych". Gdy znajdą się kartki w miarę normalne, to i tak zazwyczaj nie ma tam żadnej informacji o jakie święta chodzi.
Przynajmniej na pierwszych miejscach w wyszukiwarkach wyskakują odnośniki do stron, które reklamują kartki o zgoła innej tematyce. Zazwyczaj są to obrazki z krasnalem przebranym za Mikołaja (nie da się napisać, że świętego)lub różne wersje "dam mikołajkowych". Gdy znajdą się kartki w miarę normalne, to i tak zazwyczaj nie ma tam żadnej informacji o jakie święta chodzi.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Adamek i religia
Tomasz Adamek po ostatniej walce z Vinny Madallone, w każdym rogu ringu przeżegnał się. Później w wypowiedzi dla telewizji ze dwa razy użył sfromułowania: "gdy Bóg pozwoli". Notabene, piłkarzy za takie rzeczy już karają, bokserów - chyba się boją.
Zapewne "laicyzatorzy" powiedzą: "jak to tak, bokser, najpierw sprał kogoś, a teraz odwołuje się do Boga". O moralności boksu, oczywiście można dyskutować. Problem jest ciekawy i nie zamierzam na jego rozwiązanie się tutaj porywać. Nawet - o ile dobrze kojarzę - ktoś napisał pracę na ten temat.
Dodam tylko, że Adamek w ramach zasad bokserskich postępuje uczciwie. Wcześniej od sędziego zauważył, że sekundand Madallone poddał swojego podopiecznego. Podniósł więc rękę sygnalizując, że to już koniec walki. A mógł jeszcze ze dwa razy stuknąć przeciwnika. Nie zrobił tego. Zachował się racjonalnie i etycznie.
Mimo wszystko nie kwestie związane z moralnością boksu (cnoty kardynalne boksu???) są dla mnie w tym momencie najciekawsze.
Zadziwiająca jest spontaniczność w zachowaniu T. Adamka. On do Boga odwołuje się naturalnie. To nie jest sztuczne czy demonstracyjne. On taki po prostu jest. Wśród celebrytów i sportowców, to w końcu niezbyt częste zachowanie.
___________________
Zapewne "laicyzatorzy" powiedzą: "jak to tak, bokser, najpierw sprał kogoś, a teraz odwołuje się do Boga". O moralności boksu, oczywiście można dyskutować. Problem jest ciekawy i nie zamierzam na jego rozwiązanie się tutaj porywać. Nawet - o ile dobrze kojarzę - ktoś napisał pracę na ten temat.
Dodam tylko, że Adamek w ramach zasad bokserskich postępuje uczciwie. Wcześniej od sędziego zauważył, że sekundand Madallone poddał swojego podopiecznego. Podniósł więc rękę sygnalizując, że to już koniec walki. A mógł jeszcze ze dwa razy stuknąć przeciwnika. Nie zrobił tego. Zachował się racjonalnie i etycznie.
Mimo wszystko nie kwestie związane z moralnością boksu (cnoty kardynalne boksu???) są dla mnie w tym momencie najciekawsze.
Zadziwiająca jest spontaniczność w zachowaniu T. Adamka. On do Boga odwołuje się naturalnie. To nie jest sztuczne czy demonstracyjne. On taki po prostu jest. Wśród celebrytów i sportowców, to w końcu niezbyt częste zachowanie.
___________________
poniedziałek, 6 grudnia 2010
Front ideologicznej wojny jest ciągle otwarty
Dzisiaj zamiast wpisu wywiad jaki przeprowadził ze mną Paweł Pomianek na temat mojej powieści "Rebelia w ogrodzie Eden". Wywiad ukazał się w "Gońcu Wolności".
Paweł Pomianek: Stawia Pan tezę, że Unia Europejska upadnie w ciągu najbliższego półwiecza. Akcja Pana książki dzieje się w roku 2074, a o Unii niemal już zapomniano.
Dariusz Zalewski: Raczej trudno się spodziewać, żeby w aktualnej postaci przetrwała ona dłużej niż pół wieku. Unia albo upadnie, albo przekształci się w całkiem nowy twór. Pamiętam, jak za komuny również wydawało się, że to ustrój nieśmiertelny, że do końca ziemskiej wędrówki trzeba będzie męczyć się w tamtym ustroju, a on rozsypał się niczym domek z kart. W tym przypadku będzie podobnie.
Przeciwnicy Unii marzą, że po jej upadku nastaną czasy panowania struktur mniej zbiurokratyzowanych, bardziej konserwatywnych, sprzyjających powrotowi „do normalności”. W Pana książce jest dokładnie odwrotnie: po upadku Unii górę biorą wszelkie najbardziej radykalne postulaty lewicowe, o których dziś jeszcze nawet najbardziej skrajne środowiska boją się mówić głośno.
- Przeszło 20 lat temu upadł ustrój, w którym Kościół był brutalnie prześladowany. System ateistyczny niszczył katolicyzm, zasłaniając się hasłami postępowymi. Wydawać by się mogło, że po takiej gehennie tamte hasła już nie powinny wrócić na sztandary. Po pierwsze dlatego, że zwyczajnie się skompromitowały, po drugie, że wymaga tego zwykła przyzwoitość. I co obserwujemy? Dzieje się akurat odwrotnie. Walka z Kościołem narasta. Nie mam tu na myśli wyłącznie Polski, ale całą Europę, np. Hiszpanię. Ten przykład ukazuje, że front wojny ideologicznej jest ciągle otwarty. Przy obecnej przewadze propagandowej to, co nazywamy myśleniem pooświeceniowym czy po prostu lewicowym, będzie niestety dominowało w Europie. Radykalne hasła lewicowe wciąż odradzają się z popiołów i przyjmują coraz bardziej skrajne postacie.
„Rebelię" napisałem około 4 lata temu i niektóre pomysły powieściowe, które kilka lat temu wydawały się być zwykłą fantasmagorią, dzisiaj wcale nie wyglądają na takie „oryginalne”. Są już po prostu „do pomyślenia”. Na przykład prawny nakaz wegetarianizmu, który pojawia się w fabule powieści, mógłby się wydawać takim „przesadyzmem”. Ale gdy czytam, że w Stanach Zjednoczonych zaczynają już zabraniać stosowania soli do potraw, jednocześnie obserwując radykalizację działań ekologów, to wcale nie wydaje mi się to takie niemożliwe.
Chcę pozostać jeszcze przy tematyce tego, co nastąpi po ewentualnym upadku Unii. Myślę, że prawicowi przeciwnicy UE rozumują następująco: jeśli Unia upadnie, to dlatego, że zasady, którymi się rządzi, się nie sprawdzą, zostaną skompromitowane. A wiadomo, że Unia – zarówno w sferze ideowej, jak i gospodarczej – kieruje się dziś światopoglądem środowisk lewicowych. Pan sądzi, że mimo wszystko lekarstwa nadal będzie się szukać tam, gdzie powstała przyczyna choroby…
Ten ciągły powrót do skompromitowanych idei jest w moim przekonaniu stałym zjawiskiem. Wspomniane idee stanowią bowiem o tożsamości środowisk, które umownie nazywamy lewicowymi. Dlatego nie mogą one z nich zrezygnować, bo straciłyby podstawę swego istnienia. Wcześniej czy później, dzięki propagandzie i dobrze opanowanej sztuce demagogii dochodzą do władzy i od nowa rozpoczynają wdrażanie swoich utopii społecznych.
Jest Pan pedagogiem. Dlatego wiele miejsca w Pańskiej książce zajmują opisy tego, co może się zdarzyć w szkolnictwie. Czy rzeczywiście może dojść do tego, że uczniowie będą mogli bić nauczycieli, a na lekcjach wychowania seksualnego będą się uczyć o zoofilii jako jednej z seksualnych preferencji do wyboru?
Czy dojdzie do tego, że uczniowie, w imię rekompensaty wielowiekowych „prześladowań uczniów przez nauczycieli”, będą mogli wymierzać razy współczesnym pedagogom? Cóż, podobno Indianie północnoamerykańscy otrzymują jakieś formy rekompensaty za wielowiekowe prześladowania. Jeśli ten sposób politycznie poprawnego myślenia się upowszechni, to wszystkiego możemy się spodziewać. Oczywiście – to jest pewne przerysowanie, żeby uświadomić absurdy związane z funkcjonowaniem szkolnictwa, ale nieformalnie uczniowie przecież już biją lub w inny wymyślny sposób znęcają się nad nauczycielami – wystarczy wsłuchać się w doniesienia medialne.
Jeśli chodzi o zoofilię, to przy takim tempie „postępu" za 50 czy 60 lat wszystko może się zdarzyć.
A propos, gdy ktoś czyta słowo pedagog, to od razu kojarzy mu się osoba promująca na terenie szkoły różne postępowe metody, które później testowane są na biednych dzieciakach. Ja akurat nie pasuję do tego schematu. Od lat staram się upowszechniać na różne sposoby klasyczną wizję edukacji i konieczność powrotu do starogreckich oraz tomistycznych ideałów wychowawczych, polegających przede wszystkim na powrocie do wychowania cnót i kształcenia według metody trivium.
Może Pan powiedzieć więcej o tym modelu edukacji i metodzie, o której Pan wspomniał?
Metoda jest stara jak świat, nie odkrywam tu niczego nowego, co najwyżej staram się odzyskać to, co zapomniane. Najkrócej mówiąc: chodzi o usprawnienie umysłu, woli oraz poszczególnych popędów poprzez nabycie odpowiednich sprawności, tak aby służyły człowiekowi, a nie władzy czy ideologicznym utopiom, które za tą władzą stoją. Podstawą jest powrót do pojęcia cnoty (gr. arete). Chodzi o konsekwentne formowanie określonych dyspozycji do działania poprzez uprawę „natury” człowieka. Na tym opiera się zasadnicza różnica między pedagogią klasyczną a współczesną. Ta druga za Rousseau powtarza, że człowiek z natury jest dobry, zapominając o skażeniu natury przez grzech. Natomiast w wersji postmodernistycznej przybiera radykalną postać i prowadzi do zanegowania edukacji w ogóle.
A jak ocenia Pan stan dzisiejszego szkolnictwa? Czy szkoła jeszcze wspiera rodziców w wychowywaniu dzieci, czy już je demoralizuje?
Oczywiście, że demoralizuje. Dzieje się to dwoma kanałami: przez programy szkolne oraz destrukcyjnie działające grupy rówieśnicze. Są oczywiście wyjątki. Znam szkoły dobre, które starają się realizować programy po swojemu i praca wychowawcza jest tam na niezłym poziomie. Znam też wielu nauczycieli, którzy tworzą przyjazne wyspy na tym oświatowym bagienku. Ale w skali kraju szkoła w obecnej formie jest instytucją szkodliwą, zdominowaną przez lewicowy sposób myślenia i nie zmieni tego faktu to, że raz na jakiś czas odprawi się Mszę świętą w tej czy innej szkole oraz powiesi krzyż.
Czy widzi Pan jakieś antidotum na ten stan rzeczy? Czy rodzice, którzy chcą wychowywać dzieci do wartości, powinni w miarę możliwości decydować się na homeschooling? Czy kręgi konserwatywne powinny w jakiś sposób walczyć o szkolnictwo? A jeśli tak, to na jakim poziomie: rządowym, samorządowym czy poprzez zarządzanie konkretnymi szkołami lub ich tworzenie?
Od lat staram się upowszechniać na różne sposoby klasyczną wizję edukacji i konieczność powrotu do starogreckich oraz tomistycznych ideałów wychowawczych, polegających przede wszystkim na powrocie do wychowania cnót i kształcenia według metody trivium.
Edukacja domowa na pewno jest rozwiązaniem. Choć nawet dzieci nauczane w domu realizują program ustalony przez MEN i w tym znaczeniu trudno się uwolnić od systemu! Ważny jest kontekst tego nauczania i wychowywania, pewne niuanse. Rodzice będą wychowywali zgodnie ze swoimi przekonaniami, ale – jeśli są nauczyciele o zbliżonych poglądach, to dlaczego nie oddawać im dzieci na wychowanie do szkół? Oczywiście wchodzi jeszcze w grę kontekst środowiskowy, grup rówieśniczych i ich negatywnego wpływu, ale można tworzyć szkoły prywatne i przez odpowiednią pracę neutralizować te negatywne wpływy. Jednocześnie nie da się lekceważyć znaczenia władzy politycznej i jej wpływu na szkolnictwo.
Na koniec pytanie z innej beczki. Głównym bohaterem Pana książki jest jeden z „kapłanów” ślepo zaangażowanych w stukturę nowego raju na ziemi. Oglądamy wszystko jego oczyma, czytając jego dzienniki. To chyba trudne wczuć się w taką rolę i przedstawić świat oczyma kogoś, kto myśli dokładnie odwrotnie niż Pan?
Akurat takie wczuwanie nie wydaje mi się zbyt trudne. Wystarczy poczytać niektóre blogi czy wpisy na portalach społecznościowych, aby łatwo zrozumieć ten sposób myślenia. R. Weaver pisał, że idee mają konsekwencje. Znając poglądy pewnych osób na dzisiejsze problemy, łatwo wywnioskujemy, jak będą się zachowywali w podobnej sytuacji, przy trochę zmienionych dekoracjach.
Link do książki: Rebelia w ogrodzie Eden.
--------------------
Paweł Pomianek: Stawia Pan tezę, że Unia Europejska upadnie w ciągu najbliższego półwiecza. Akcja Pana książki dzieje się w roku 2074, a o Unii niemal już zapomniano.
Dariusz Zalewski: Raczej trudno się spodziewać, żeby w aktualnej postaci przetrwała ona dłużej niż pół wieku. Unia albo upadnie, albo przekształci się w całkiem nowy twór. Pamiętam, jak za komuny również wydawało się, że to ustrój nieśmiertelny, że do końca ziemskiej wędrówki trzeba będzie męczyć się w tamtym ustroju, a on rozsypał się niczym domek z kart. W tym przypadku będzie podobnie.
Przeciwnicy Unii marzą, że po jej upadku nastaną czasy panowania struktur mniej zbiurokratyzowanych, bardziej konserwatywnych, sprzyjających powrotowi „do normalności”. W Pana książce jest dokładnie odwrotnie: po upadku Unii górę biorą wszelkie najbardziej radykalne postulaty lewicowe, o których dziś jeszcze nawet najbardziej skrajne środowiska boją się mówić głośno.
- Przeszło 20 lat temu upadł ustrój, w którym Kościół był brutalnie prześladowany. System ateistyczny niszczył katolicyzm, zasłaniając się hasłami postępowymi. Wydawać by się mogło, że po takiej gehennie tamte hasła już nie powinny wrócić na sztandary. Po pierwsze dlatego, że zwyczajnie się skompromitowały, po drugie, że wymaga tego zwykła przyzwoitość. I co obserwujemy? Dzieje się akurat odwrotnie. Walka z Kościołem narasta. Nie mam tu na myśli wyłącznie Polski, ale całą Europę, np. Hiszpanię. Ten przykład ukazuje, że front wojny ideologicznej jest ciągle otwarty. Przy obecnej przewadze propagandowej to, co nazywamy myśleniem pooświeceniowym czy po prostu lewicowym, będzie niestety dominowało w Europie. Radykalne hasła lewicowe wciąż odradzają się z popiołów i przyjmują coraz bardziej skrajne postacie.
„Rebelię" napisałem około 4 lata temu i niektóre pomysły powieściowe, które kilka lat temu wydawały się być zwykłą fantasmagorią, dzisiaj wcale nie wyglądają na takie „oryginalne”. Są już po prostu „do pomyślenia”. Na przykład prawny nakaz wegetarianizmu, który pojawia się w fabule powieści, mógłby się wydawać takim „przesadyzmem”. Ale gdy czytam, że w Stanach Zjednoczonych zaczynają już zabraniać stosowania soli do potraw, jednocześnie obserwując radykalizację działań ekologów, to wcale nie wydaje mi się to takie niemożliwe.
Chcę pozostać jeszcze przy tematyce tego, co nastąpi po ewentualnym upadku Unii. Myślę, że prawicowi przeciwnicy UE rozumują następująco: jeśli Unia upadnie, to dlatego, że zasady, którymi się rządzi, się nie sprawdzą, zostaną skompromitowane. A wiadomo, że Unia – zarówno w sferze ideowej, jak i gospodarczej – kieruje się dziś światopoglądem środowisk lewicowych. Pan sądzi, że mimo wszystko lekarstwa nadal będzie się szukać tam, gdzie powstała przyczyna choroby…
Ten ciągły powrót do skompromitowanych idei jest w moim przekonaniu stałym zjawiskiem. Wspomniane idee stanowią bowiem o tożsamości środowisk, które umownie nazywamy lewicowymi. Dlatego nie mogą one z nich zrezygnować, bo straciłyby podstawę swego istnienia. Wcześniej czy później, dzięki propagandzie i dobrze opanowanej sztuce demagogii dochodzą do władzy i od nowa rozpoczynają wdrażanie swoich utopii społecznych.
Jest Pan pedagogiem. Dlatego wiele miejsca w Pańskiej książce zajmują opisy tego, co może się zdarzyć w szkolnictwie. Czy rzeczywiście może dojść do tego, że uczniowie będą mogli bić nauczycieli, a na lekcjach wychowania seksualnego będą się uczyć o zoofilii jako jednej z seksualnych preferencji do wyboru?
Czy dojdzie do tego, że uczniowie, w imię rekompensaty wielowiekowych „prześladowań uczniów przez nauczycieli”, będą mogli wymierzać razy współczesnym pedagogom? Cóż, podobno Indianie północnoamerykańscy otrzymują jakieś formy rekompensaty za wielowiekowe prześladowania. Jeśli ten sposób politycznie poprawnego myślenia się upowszechni, to wszystkiego możemy się spodziewać. Oczywiście – to jest pewne przerysowanie, żeby uświadomić absurdy związane z funkcjonowaniem szkolnictwa, ale nieformalnie uczniowie przecież już biją lub w inny wymyślny sposób znęcają się nad nauczycielami – wystarczy wsłuchać się w doniesienia medialne.
Jeśli chodzi o zoofilię, to przy takim tempie „postępu" za 50 czy 60 lat wszystko może się zdarzyć.
A propos, gdy ktoś czyta słowo pedagog, to od razu kojarzy mu się osoba promująca na terenie szkoły różne postępowe metody, które później testowane są na biednych dzieciakach. Ja akurat nie pasuję do tego schematu. Od lat staram się upowszechniać na różne sposoby klasyczną wizję edukacji i konieczność powrotu do starogreckich oraz tomistycznych ideałów wychowawczych, polegających przede wszystkim na powrocie do wychowania cnót i kształcenia według metody trivium.
Może Pan powiedzieć więcej o tym modelu edukacji i metodzie, o której Pan wspomniał?
Metoda jest stara jak świat, nie odkrywam tu niczego nowego, co najwyżej staram się odzyskać to, co zapomniane. Najkrócej mówiąc: chodzi o usprawnienie umysłu, woli oraz poszczególnych popędów poprzez nabycie odpowiednich sprawności, tak aby służyły człowiekowi, a nie władzy czy ideologicznym utopiom, które za tą władzą stoją. Podstawą jest powrót do pojęcia cnoty (gr. arete). Chodzi o konsekwentne formowanie określonych dyspozycji do działania poprzez uprawę „natury” człowieka. Na tym opiera się zasadnicza różnica między pedagogią klasyczną a współczesną. Ta druga za Rousseau powtarza, że człowiek z natury jest dobry, zapominając o skażeniu natury przez grzech. Natomiast w wersji postmodernistycznej przybiera radykalną postać i prowadzi do zanegowania edukacji w ogóle.
A jak ocenia Pan stan dzisiejszego szkolnictwa? Czy szkoła jeszcze wspiera rodziców w wychowywaniu dzieci, czy już je demoralizuje?
Oczywiście, że demoralizuje. Dzieje się to dwoma kanałami: przez programy szkolne oraz destrukcyjnie działające grupy rówieśnicze. Są oczywiście wyjątki. Znam szkoły dobre, które starają się realizować programy po swojemu i praca wychowawcza jest tam na niezłym poziomie. Znam też wielu nauczycieli, którzy tworzą przyjazne wyspy na tym oświatowym bagienku. Ale w skali kraju szkoła w obecnej formie jest instytucją szkodliwą, zdominowaną przez lewicowy sposób myślenia i nie zmieni tego faktu to, że raz na jakiś czas odprawi się Mszę świętą w tej czy innej szkole oraz powiesi krzyż.
Czy widzi Pan jakieś antidotum na ten stan rzeczy? Czy rodzice, którzy chcą wychowywać dzieci do wartości, powinni w miarę możliwości decydować się na homeschooling? Czy kręgi konserwatywne powinny w jakiś sposób walczyć o szkolnictwo? A jeśli tak, to na jakim poziomie: rządowym, samorządowym czy poprzez zarządzanie konkretnymi szkołami lub ich tworzenie?
Od lat staram się upowszechniać na różne sposoby klasyczną wizję edukacji i konieczność powrotu do starogreckich oraz tomistycznych ideałów wychowawczych, polegających przede wszystkim na powrocie do wychowania cnót i kształcenia według metody trivium.
Edukacja domowa na pewno jest rozwiązaniem. Choć nawet dzieci nauczane w domu realizują program ustalony przez MEN i w tym znaczeniu trudno się uwolnić od systemu! Ważny jest kontekst tego nauczania i wychowywania, pewne niuanse. Rodzice będą wychowywali zgodnie ze swoimi przekonaniami, ale – jeśli są nauczyciele o zbliżonych poglądach, to dlaczego nie oddawać im dzieci na wychowanie do szkół? Oczywiście wchodzi jeszcze w grę kontekst środowiskowy, grup rówieśniczych i ich negatywnego wpływu, ale można tworzyć szkoły prywatne i przez odpowiednią pracę neutralizować te negatywne wpływy. Jednocześnie nie da się lekceważyć znaczenia władzy politycznej i jej wpływu na szkolnictwo.
Na koniec pytanie z innej beczki. Głównym bohaterem Pana książki jest jeden z „kapłanów” ślepo zaangażowanych w stukturę nowego raju na ziemi. Oglądamy wszystko jego oczyma, czytając jego dzienniki. To chyba trudne wczuć się w taką rolę i przedstawić świat oczyma kogoś, kto myśli dokładnie odwrotnie niż Pan?
Akurat takie wczuwanie nie wydaje mi się zbyt trudne. Wystarczy poczytać niektóre blogi czy wpisy na portalach społecznościowych, aby łatwo zrozumieć ten sposób myślenia. R. Weaver pisał, że idee mają konsekwencje. Znając poglądy pewnych osób na dzisiejsze problemy, łatwo wywnioskujemy, jak będą się zachowywali w podobnej sytuacji, przy trochę zmienionych dekoracjach.
Link do książki: Rebelia w ogrodzie Eden.
--------------------
poniedziałek, 22 listopada 2010
Kabarety a gniew ludu
Zgadzam się z poglądem, że utrzymujące się duże poparcie dla PO wiąże się z działalnością różnego rodzaju komików i zgrywusów, którzy w telewizorach nabijają się z opozycji. Nikt nie chce być po stronie wyśmiewanych i nikt nie chce być obciachowcem. Wielu zaś chce przyjechać ze swojej wioseczki do wielkiego miasta, wykształcić się na europeistyce, dziennikarstwie czy marketingu i wstąpić do elity.
Metoda na wyśmianie i wykpiwanie opozycji jest nadzwyczaj skuteczna. Gdyby nie ona, już dawno doszłoby do “przegrzania” propagandowego i nastąpiłby “efekt bumerangu”, czyli lud przestałby słuchać telewizyjnych guru i zwróciłby swój gniew przeciw władzy. Właśnie za komuny doszło do takiego przegrzania.
Błędem komuny było to, że nie walczyła z opozycją śmiechem była bardzo poważna i sztywna. Czy ktoś pamięta jakiś kabaret nabijający się z "Solidarności"? Wręcz przeciwnie, komunistyczna cenzura, z nieznanych mi przyczyn, puszczała aluzyjne dowcipy Smolenia czy Laskowika, co sprawiało, że cała Polska śmiała się z komuny. A gdy na to nałożył się kontekst ekonomiczny i polityczny - nastąpił krach.
Czy zatem w obecnej sytuacji nie da się “nowej komuny” ruszyć z posad? Ludzie sprzyjający rządowi obsiedli większość przekaziorów. Kabarety i tok szoły ani mru-mru o PełO tylko wciąż jakieś żarciki i nabijanki z opozycji. Powodzie, wichury, morderstwa polityczne – a tu poparcie dla władzy ani drgnie. Ale, jak długo?
Teraz będzie dygresja.
Parę lat temu podróżowałem pociągiem. Pamiętam, że przyczepił się do mnie jakiś lewak, który wracał ze zjazdu lewackich radykałów. Nie przyznawałem mu się do swoich poglądów, a on całą drogę nadawał różne ciekawostki z lewackiego świata. Wówczas rządziło SLD, facet uważał ich za kapitalistów i zdrajców idei lewicowej. W pewnym momencie zadałem mu pytanie: “-Skoro jest tak źle, dlaczego ludzie nie wyjdą na ulice?” On na to rzecze mniej więcej tak: “-Ludzie przyzwyczaili się do kryzysu, żeby wyjść na ulicę muszą pożyć trochę w lepszych warunkach, a później musi nastąpić tąpnięcie gospodarcze, przyjść kryzys. Słowem – lud musi coś dostać, a potem to utracić. Wtedy będą protesty”.
I teraz puenta: wydaje się, że przez parę lat było lepiej. Teraz zaś większość znawców wieszczy kryzys. Znaczy się - według tez mojego przypadkowego kompana - lud powinien wyjść na ulicę.
Czy kabarety powstrzymają nadchodzący gniew ludu?
________________________
Metoda na wyśmianie i wykpiwanie opozycji jest nadzwyczaj skuteczna. Gdyby nie ona, już dawno doszłoby do “przegrzania” propagandowego i nastąpiłby “efekt bumerangu”, czyli lud przestałby słuchać telewizyjnych guru i zwróciłby swój gniew przeciw władzy. Właśnie za komuny doszło do takiego przegrzania.
Błędem komuny było to, że nie walczyła z opozycją śmiechem była bardzo poważna i sztywna. Czy ktoś pamięta jakiś kabaret nabijający się z "Solidarności"? Wręcz przeciwnie, komunistyczna cenzura, z nieznanych mi przyczyn, puszczała aluzyjne dowcipy Smolenia czy Laskowika, co sprawiało, że cała Polska śmiała się z komuny. A gdy na to nałożył się kontekst ekonomiczny i polityczny - nastąpił krach.
Czy zatem w obecnej sytuacji nie da się “nowej komuny” ruszyć z posad? Ludzie sprzyjający rządowi obsiedli większość przekaziorów. Kabarety i tok szoły ani mru-mru o PełO tylko wciąż jakieś żarciki i nabijanki z opozycji. Powodzie, wichury, morderstwa polityczne – a tu poparcie dla władzy ani drgnie. Ale, jak długo?
Teraz będzie dygresja.
Parę lat temu podróżowałem pociągiem. Pamiętam, że przyczepił się do mnie jakiś lewak, który wracał ze zjazdu lewackich radykałów. Nie przyznawałem mu się do swoich poglądów, a on całą drogę nadawał różne ciekawostki z lewackiego świata. Wówczas rządziło SLD, facet uważał ich za kapitalistów i zdrajców idei lewicowej. W pewnym momencie zadałem mu pytanie: “-Skoro jest tak źle, dlaczego ludzie nie wyjdą na ulice?” On na to rzecze mniej więcej tak: “-Ludzie przyzwyczaili się do kryzysu, żeby wyjść na ulicę muszą pożyć trochę w lepszych warunkach, a później musi nastąpić tąpnięcie gospodarcze, przyjść kryzys. Słowem – lud musi coś dostać, a potem to utracić. Wtedy będą protesty”.
I teraz puenta: wydaje się, że przez parę lat było lepiej. Teraz zaś większość znawców wieszczy kryzys. Znaczy się - według tez mojego przypadkowego kompana - lud powinien wyjść na ulicę.
Czy kabarety powstrzymają nadchodzący gniew ludu?
________________________
środa, 10 listopada 2010
Czy da się ochrzcić demokrację?
Pogląd o możliwości ochrzczenia demokracji jest w zasadzie powszechny. Ludzie naprawdę wierzą, że to najlepsza z możliwych organizacja życia społecznego, że człowiek nic lepszego nie wymyślił i takie tam. Mało kto pamięta przestrogi starożytnych filozofów, którzy twierdzili, iż rządy motłochu należą do tych najgorszych.
Wychodzi się z założenia, że jest to system „normalny” i nie jest on wrogi katolicyzmowi. Jeśli w ramach tego systemu pojawiają się jacyś wrogowie, to należy prowadzić z nimi spór, a w tym sporze wygrywa po prostu lepszy. Ludzie Kościoła muszą zatem robić swoje, tzn. pracować w szkołach (lekcje religii), w grupach wspólnotowych, nawracać skrawkiem posiadanych mediów, itd. Słowem – prowadzić ewangelizację w ramach demokracji.
Błąd tego myślenia polega na uznaniu tego systemu za neutralny światopoglądowo i dający “normalne” ramy dla życia społeczeństw. W rzeczywistości za panującymi dzisiaj typami demokracji stoją modele człowieka zbudowane na podstawowych błędach antropologicznych. Dlatego - nie rzecz w tym, że mamy jakąś skrzywioną demokrację po komunizmie, z agentami, którzy wszystko psują (co prawda, agentów też mamy), ale – powtórzmy – idzie o system, który jest tak skonstruowany, że wyrzuca z siebie, to, co budowane jest na fundamentach katolickich zasad.
Postępując w ramach demoliberalnych reguł katolik skazany jest na porażkę: w kulturze, w mediach, wreszcie na polu gospodarczym. I wyjątki od tej zasady nie są tu żadnym argumentem.
______________
______________
środa, 3 listopada 2010
Jeszcze o wojnie polsko-polskiej
Czy trwająca "wojna polsko-polska" jest rzeczywiście efektem zderzenia dwóch sił politycznych, sprawujących w Polsce władzę? Taki pogląd zdaje się dominować w tzw. "dyskursie medualnym". Nadmuchany nadmiernie konflikt partyjny ma prowadzić do ujawnienia silnych emocji. Czy jednak tak gwałtowne podziały i różnice rzeczywiście nie wystąpiłyby, gdyby nie polityczno-propagandowa wojna pomiędzy partiami?
Przecież tak czy inaczej narasta polaryzacji światopoglądowa społeczeństwa. Z jednej strony mamy różnych liberałów i postępowców, którzy podążają za zachodnimi trendami, z drugiej - ludzi mniej czy bardziej konserwatywnych, bliższych Kościołowi. Te różnice z każdym rokiem się pogłębiają i to one stanowią podłoże do pojawiających się konfliktów. Przywódcy partyjni jedynie je symbolizują.
Zgoda - aktualny układ na mapie politycznej dodatkowo antagonizuje ludzi. Ale tak czy inaczej za fasadą partyjną toczy się poważny spór światopoglądowy. Ewentualne zmiany na scenie politycznej, niczego tu tak naprawdę nie zmienią. Eskalacja tego konfliktu jest nieuchronna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)