Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 października 2009

Gimnazja a wyrównywanie szans

Mija właśnie dziesięć lat od reform edukacyjnych, które zaowocowały powstaniem gimnazjów. Czy nowe szkoły spełniły pokładane w nich nadzieje? Zanim odpowiem na to pytanie wypada wyjaśnić pewną podstawową kwestię.

Zgodnie z intencjami autorów reformy, przed gimnazjami postawiono następujące zadania:
a) upowszechnienie wykształcenia przez wydłużenie nauczania ogólnego do 9 lat,
b) zapewnienie równości szans - miały one w zamyśle wyrównywać poziom nauczania uczniów, c) poprawienie jakości edukacji – poprzez wprowadzenie równowagi między przekazywaniem wiedzy, nabywaniem umiejętności i kształtowaniem postaw oraz upowszechnienie znajomości języka obcego i sprawnego posługiwania się komputerem (za: Biblioteczka reformy 2, O sieci szkół, W-wa 1998 s. 5-7).

Przede wszystkim trzeba sobie jasno powiedzieć, że koncepcja „wyrównywania szans” i „upowszechniania wykształcenia” poprzez wydłużenie czasu nauki wstępnej, nawiązuje wprost do starych, lewicowych, by nie rzec komunistycznych koncepcji oświatowych. Na przykład, w takim duchu swoje pomysły edukacyjne ujmowali przedwojenni lewicowi oświatowcy, jak M. Falski,
W. Spasowski, S. Sempołowska. Warto też przypomnieć, że o tzw. „dziesięciolatce” marzyli już w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku reformatorzy komunistyczni. Paradoksalnie udało się to dopiero wprowadzić pod presją Unii Europejskiej w tzw. „wolnej Polsce”. Oto bowiem „zerówka”, sześć lat szkoły podstawowej i trzy lata gimnazjum, dają w sumie dziesięć(!) lat nauki wstępnej przeznaczonej na niwelowanie „różnic klasowych”!

W swoim wydźwięku propagandowym jest to oczywiście koncepcja bardzo szlachetna. W
rzeczywistości jednak trudno dostrzec, by filozofia „wyrównywania szans” przyniosła jakiekolwiek pozytywne skutki. Wręcz przeciwnie - w wieku rozwojowym, w którym koledzy są najważniejsi, następuje masowe równanie w dół, zarówno w dydaktyce jak i w zachowaniu. Dlatego przede wszystkim powinno się już na wczesnych etapach kształcenia rozdzielać uczniów zdolnych od słabszych oraz niezdyscyplinowanych, z zaniedbaniami wychowawczymi, od tych, którzy wynieśli z domu dobre nawyki.

W przeprowadzonych dziesięć lat temu reformach nie było jednak takiej opcji. Przypisanie gimnazjów do rejonów sprawiło, że wszystkie dzieci z danego rejonu (dzielnicy, osiedla) uczą się razem, niezależnie od tego, co sobą reprezentują. Negatywne efekty obserwujemy na co dzień.

W tych warunkach trudno mówić o spełnieniu podstawowego założenia reformy, czyli poprawieniu jakości edukacji.

wtorek, 29 września 2009

W oczekiwaniu na Stalino-Hitlerka

Świat dookolno-medialny wciąż przekonuje na różne sposoby, że człowiek wyhodowany w świecie postchrześcijańskim jest generalnie lepszy od tego, żyjącego w czasach, w których chrześcijaństwo prowadziło narody. Z książek, filmów czy publicystyki wyziera nieokrzesany, fundamentalny i smutny katolik. Z kolei "nowy człowiek" jest radosny, przyjaźnie nastawiony do świata, uśmiechnięty, tęczowy, tolerancyjny itp. Przyczyną tej przemiany ma być generalnie oświeceniowy humanizm (i jego filozofie). Dzięki niemu zrodziła się nowoczesna sztuka, technika i oczywiście liberalno-demokratyczne społeczeństwa, które formują nową psychikę.

Jednak w realu z tą “lepszością” współczesnego człowieka wcale nie jest tak różowo. Gołym okiem widać, że pod pudrem postępowości skrywa się: nieokrzesanie, wulgarność, wszechobecne chamstwo i prymitywizm w telewizji czy Internecie.

Co bardziej zdeterminowani fanatycy “nowego świata” powiadają, że taki stan rzeczy, to efekt działania nie zniszczonych do końca agentur “dawnego systemu”, że “oświecony człowiek” nie zastąpił ostatecznie “zaściankowego”, “średniowiecznego”. Gdyby nawet tak było, to przecież na horyzoncie powinny już być widoczne oznaki nadchodzącej wiosny. A tu wiosny ani widu, ani słychu. Można rzec - jesień coraz mroczniejsza.

Dlaczego tak się dzieje? Otóż, wbrew taniej propagandzie w filozofiach (około)oświeceniowych, tkwi fundamentalny błąd antropologiczny, polegający na przyjęciu fałszywej koncepcji człowieka. Człowiek interpretowany jest tam albo materialistycznie, albo idealistycznie. Zawsze jednak podporządkowany zostaje konkretnej ideologii. W efekcie na przykład zdobywana przez niego wiedza ma charakter niemal wyłącznie praktyczny i utylitarny, tak by służyła ideologii. Niemal całkowicie odchodzi się od klasycznego ideału kształcenia, który miał na celu osobowy, wszechstronny rozwój człowieka. W tych warunkach coraz bardziej degeneruje się on moralnie i trudno oczekiwać od niego poprawy kondycji duchowej.

Dlatego w przyszłości można co najwyżej spodziewać się pojawienia nowego Stalino-Hitlerka, któremu tamci mogli co najwyżej kapcie przynosić. A o nowym, lepszym człowieku, można zapomnieć.

sobota, 19 września 2009

Edukacja domowa efektywniejsza i tańsza

Najnowsze amerykańskie badania wykazują, iż uczniowie pobierający naukę w domu (tzw. homeschooling) uzyskują o 37% lepsze wyniki, niż uczący się w szkole. Są to już kolejne badania potwierdzające taką prawidłowość. Przy tym uczeń szkolny kosztuje 10 000 dolarów (rocznie), a uczący się w domu tylko 500 dolarów! Wychodzi na to, że kształcenie rodzinne jest o wiele bardziej efektywne i ekonomiczne.

Skąd tak znaczące różnice? Szkoła amerykańska jest specyficzna, nakierowana na praktycyzm, a nie na teorię. W rezultacie daje uczniowi mniej systematycznej wiedzy. Z kolei rodzice uczący w domu prawdopodobnie nie chcą tracić czasu na pedagogiczne eksperymenty i robią wszystko, by dziecko nabyło solidną wiedzę z danego przedmiotu. O takich a nie innych wynikach decydują więc zastosowane metody oraz dodatkowo większa determinacja w dążeniu do wiedzy (zarówno rodziców jak i dzieci). Swoją drogą ciekawe, jak podobne badania wypadłyby w Polsce. Z uwagi na fakt, iż polskie szkolnictwo pod wieloma względami upodabnia się do amerykańskiego można spodziewać się analogicznych rezultatów.

W tej sytuacji, aż ciśnie się na usta pytanie: czy warto tracić czas i pieniądze na oświatę szkolną?
Powyższe fakty wskazują na konieczność stworzenia większej dostępności do edukacji domowej także w Polsce. Jednak całkowita rezygnacja z nauczania szkolnego nie wchodzi w rachubę. Decydują tu względy praktyczne. Nie wszyscy rodzice z uwagi na pracę w ciągu dnia są w stanie zająć się nauczaniem swoich pociech. Jedocześnie nie wszyscy mogą podołać temu zadaniu. W praktyce w nauczaniu domowym dominują rodzice z wyższym wykształceniem i o wysokich dochodach.

Istnienie tradycyjnych szkół jest zatem konieczne. Ale czy muszą to być akurat szkoły państwowe, to już osobny temat.


(Na podstawie badań "National Home Education Research Institute" za: http://www.catholic.org/clife/back2school/story.php?id=34240)

czwartek, 10 września 2009

Regułki czasami się przydają

Pod koniec sierpnia kierownictwo Centralnej Komizji Egzaminacyjnej przedłożyło w MEN raport z tegorocznych egzaminów gimnazjalnych i maturalnych. W konkluzji stwierdzono, że dzieci nie radzą sobie z samodzielnym, twórczym myśleniem. Kilku publicystów od razu podchwyciło temat, powtarzając zgrany refren, iż polska edukacja nastawiona jest na “uczenie regułek”, zamiast przysposabiać do kreatywności.

Używając takich argumentów zapomina się, że od początku lat dziewięćdziesiątych szkoła ciągle reformuje swoje oblicze, między innymi walcząc z encyklopedyzmem (“uczeniem dużej ilości niepotrzebnych regułek”). Wbrew temu co się mówi efekty tych działań są znakomite. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że poziom nauczania obniżył się w ostatnich latach. Fakt ten potwierdzają choćby pracownicy naukowi, którzy opowiadają o zatrważających przykładach głuptactwa świeżo upieczonych studentów.

Gdyby nawet jeszcze jakieś programy nauczania nie zostały odpowiednio odchudzone, to i tak te “zapóźnienia” są na bieżąco nadrabiane (vide: odchudzenie kanonu lektur szkolnych w nowej podstawie programowej). Odejściu od solidnej wiedzy sprzyja też cała otoczka wychowawcza funkcjonowania szkoły. Gdy uczeń nie czuje respektu przed nauczycielem (wkłada mu przysłowiowy kosz na głowę), to z całą pewnością ten nauczyciel nie zmusi go do regularnej nauki.

Mamy zatem do czynienia z tragikomiczną sytuacją. W praktyce pozbyto się tzw. encyklopedyzmu, ale równocześnie w zamian nie pojawiło się... “kreatywne myślenie.” W efekcie ani regułek dzieci nie znają, ani twórcze specjalnie nie są (chyba że w rozrabianiu).

Błąd tkwi nie tyle w braku konsekwencji w reformach, jak się sugeruje, co w błędnych założeniach już na samym wstępie proponowanych zmian. Twórcze myślenie rozumiane jest przez reformatorów zazwyczaj w kategoriach pedagogiki postdeweyowskiej, w której akcentuje się działanie, a nie konkretną, solidną wiedzę z danej dziedziny. Jest to oczywiście błąd. Każde działanie powinno być bowiem poprzedzone gruntownym poznaniem rzeczy czy zjawiska. Czy fizyk może dokonać ważnego odkrycia nie mając wiedzy na temat badanego obszaru zagadnień? Kreowanie rzeczywistości bez dostatecznej wiedzy, to podążanie na oślep za instynktami i intuicjami. Dlatego w rezultacie takiej pedagogii młodzież “myśli twórczo” zazwyczaj w obszarach, w których nauka jest jej nie potrzebna. Na przykład, podążając za prymitywnymi odruchami “twórczo” znęca się nad nauczycielami czy rówieśnikami.

Najwyższy czas, żeby reformatorzy i niektórzy publicyści uświadomili sobie, że pewne regułki czy reguły trzeba poznać, chcąc dojść do czegoś w życiu. Inaczej po prostu się nie da.